wtorek, 21 marca 2017

Gdy obca kobieta opiekuje się Twoim chorym dzieckiem

Temat znany chyba każdemu rodzicowi - jest wieczór, rodzina szykuje się powoli do pojścia spać, trwają ostatnie przygotowania do zaśnięcia. Dzieci leżą już w łóżkach i nagle ciszę przerywa obrzydliwy kaszel jednego z maluchów. W głowie rodziców pojawiają się momentalnie możliwe scenariusze wydarzeń: gorączka, choroba, wizyta u pediatry, nieobecność w szkole i/lub w pracy, zawalenie ważnych zawodowych terminów. Tak, tak, od jednego kaszlnięcia wszystko się może zacząć...

Zwłaszcza nam emigrantom brak codziennej pomocy ze strony rodziny nie jest obcy - większość dziadków i zaprzyjaźnionych ciotek mieszka kilkaset, jeśli nie kilka tysięcy kilometrów od nas i nie ma opcji szybkiego, spontanicznego niesienia pomocy w postaci opieki nad chorym dzieckiem.

Jak radzić sobie w przypadku nagłej choroby dziecka?


Kiedy moje dzieci przyszły na świat, miałam zawodową przerwę, tzn. nie chodziłam do pracy. W przypadku choroby po prostu zostawałam z Synkami w domu i opiekowałam się nimi, dopóki nie wyzdrowieli. Oczywiście niezawsze było to łatwe i wygodne, bo jednak czasami miałam swoje priorytety, zadania i deadline'y, jednak - ponieważ pracowałam wtedy głównie z domu - udawało mi się jakoś te role połączyć. Choć nie ukrywam, że niekiedy frustracja i rozgoryczenie dochodziły do głosu - w okresie zimowym zdarzało się bowiem, że średnio co dwa tygodnie ktoś był chory!

Od ponad pół roku ponownie chodzę do pracy biurowej - od poniedziałku do piątku. I mimo, że Synkowie są już starsi i dużo odporniejsi, nadal zdarza im się chorować. Niekiedy co 3-4 tygodnie pojawia się nowa infekcja - tym razem żadnej z nich nie mogę po prostu "przeczekać" w domu, bo ze względu na pracodawcę muszę na czas donieść zaświadczenie o chorobie od lekarza. Trochę to uciążliwe, ale przynajmniej wtedy kasa chory pokrywa koszty mojej nieobecności w pracy.

A co na to mój pracodawca? No cóż, zatrudniając mamę z dwójką dzieci, musiał liczyć się z tym, że co jakiś czas, właśnie ze względu na te dzieci, nie będę mogła pojawić się w pracy. I niby wszyscy rozumieją, ale ja czuję sporo presję tego, że ZNÓW mnie nie ma. I wiem, że jak wrócę, trudno będzie nadgonić stracone godziny i nadrobić niewykonane obowiązki. Więc może tę presję tworzę trochę ja sama, stawiając sobie wysoko poprzeczkę, stresująć się niepotrzebnie? To takie dylematy na marginesie, w końcu nie o tym miał być ten artykuł, a raczej o możliwościach pomocy w przypadku choroby potomka.

Zdrowieć w domu


Kolejnej choroba dziecka oraz - nieukrywajmy - mega stres związany z koniecznością pójścia do pracy, a raczej z ciśnieniem, jakie może wyniknąć, że się w tej pracy jednak nie pojawię, skłoniły mnie do poszukania alternatyw.

Gdzieś, kiedyś wpadła mi w rękę ulotka monachijskiego stowarzyszenia Zu Hause Gesund Werden, które wspiera rodziny dokładnie w takich przypadkach. W sposób prosty i nieskomplikowany pośredniczy w zorganizowaniu spontanicznej opieki do dziecka. Taka sprawdzona opiekunka przyjedzie do nas do domu i pod naszą nieobecność zajmie się chorowitkiem, a nawet da mu potrzebne lekarstwa (jeśli malec sobie na to pozwoli...).



Jak to działa? Aby otrzymać niezbędną pomoc, należy zadzwonić do stowarzyszenia w dni robocze między godz. 8:00 a 13:00 (089-290 44 78), najlepiej dzień przed planowaną opieką. Dużurujące pod telefonem panie zapisują nasze dane (adres, telefon, krtki opis choroby dziecka) i "ruszają" dalej telefonicznie na poszukiwanie opiekunki, która ma tego dnia czas, aby do nas przyjść. Jeśli znajdą taką osobę, oddzwonią do nas, informując nas o danych opiekunki i potwierdzając możliwość pomocy. Bardzo fajne jest również to, że nikt nas nie wypytuje, a po co, a gdzie, a czy trzeba. Po prostu jest potrzeba, to wysyłamy pomoc.

Koszt takiej usługi to 6,50 euro/godzinę opieki oraz koszty dojazdu (bilet MVV). W przypadku opieki nad dwójką dzieci, cena ta wzrasta do 7,50 euro/godzinę. Uwierzcie mi, żadna prywatna opiekunka do dziecka, nie kosztowałaby tak niewiele! Aha, w przypadku nagłego odwołania przez Was umówionego spotkania, musicie ponieść koszty w wysokości 25 euro tzw. opłaty manipukacyjnej.

Moje doświadczenia


Z pomocy stowarzyszenia Zu Hause Gesund Werden skorzystałam już dwa razy - za pierwszym razem przez dwa dni chory był młodszy Synek, za drugim razem przez trzy kolejne dni chorował starszy Synek. I to nie jest tak, że zostawiałam dzieci totalnie chore z obcą babą w domu - piszę to celowo, żeby uniknąć komentarzy tych z Was, którzy w tym momencie myślą, że jestem wyrodną matką. W obu przypadkach przeczekałam z dziećmi kulminację choroby w domu i kiedy były jeszcze za słabe na przedszkole lub kiedy po prostu ryzyko zakażenia innych było nadal zbyt duże, poprosiłam o pomoc z zewnątrz.

Największym wyzwaniem jest fakt, że najczęściej nie znamy osoby, która do nas przychodzi. W przypadku młodszego Synka była to ta sama opiekunka przez dwa kolejne dni, największy szok był zatem pierwszego dnia. Jednak przy starszaku panie zmieniały się codziennie i za każdym razem trzeba było się nastawić na nową formę opieki. Mimo wszystko jednak nie uważam tego za wielki problem - moje dzieci nie są już zupełnie małe i ze swoimi czterema i sześcioma latami dają sobie radę i w takich sytuacjach.

Panie, które do nas przychodziły i które stowarzyszenie Zu Hause Gesund Werden na te okoliczności specjalnie szkoli, są w większości starszymi osobami, najczęściej na emeryturze, które mają czas i ochotę zaagnażować się w pomoc innym. Są specjalnie przygotowane do tego, aby opiekować się chorymi lub zdrowiejącymi dziećmi, mają również dobre podejście do "obcych". Przechodzą różne kursy i szkolenia i są pod nadzorem wyszkolonego pedagogicznie personelu. Co tu dużo mówić, najczęściej do babcie, których wnuki mieszkają daleko lub kobiety, które same nie posiadają rodziny, mają jednak potrzebę dzielenia się sobą i niesienia pomocy. Dzieci na koniec dla były zadowolone i choć młodszy Synek płakał i pewnie wolałby być ze mną, fajnie bawił się ze starszą panią, dużo razem malowali, jedli wspólnie obiad i grali w różne gry. Czasami nawet dostawałam sms-a, jak im idzie, co mnie bardzo uspokajało.

Za każdym razem, kiedy przychodził ktoś nowy do nas do domu, zastanawiałam się, czy taki serwis mógłby na dłuższą metę fukncjonować również w Polsce. I za każdym razem ze smutkiem stwierdzałam, że raczej nie. Dlaczego? Otóż w Niemczech zaufanie społeczne, o którym już tu kiedyś pisałam, jest na dużo wyższym poziomie. Przy tym serwisie zaufanie to musi działać w obie strony. Bo z jednej strony ja jako rodzic ufam temu stowarzyszeniu oraz wybranym przez niego opiekunkom, że jak najlepiej zajmą się moim najcenniejszym skarbem - moim chorym dzieckiem. Opiekunki z kolei przychodzą na parę godzin do obcej rodziny, nie znając warunków tu panujących. Są zdane na to, co zastaną na miejscu. W naszym imieniu podgrzewają dziecku obiad, piją herbatę w naszych kubkach i korzystają z naszej toalety. Wcale nie jest to takie oczywiste, biorąc pod uwagę fakt, że przecież widzimy się po raz pierwszy.

W momencie, kiedy panie przychodziły opiekować się moimi chorowitkami, czułam ulgę i wdzięczność, że ktoś - choćby obcy - wesprze mnie w tej trudnej sytuacji. Nie czułam się w pracy zbyt komfortowo, często uciekałam myślami do spraw domowych, ale jednak nie "zawaliłam" swojej roboty i wywiazałam się z obowiązku. Na swój sposób poradziłam sobie z wyzwaniem pt. "pracująca mama". A przecież czasami są super ważne terminy, wizyty, wyjazdy czy inne priorytety, których nie da się czasowo przeskoczyć. I wtedy pomoc Zu Hause Gesund Werden jest prawdziwym wybawieniem!


Jak oceniacie tego typu pomoc? Zdecydowalibyście się na oddanie w opiekę dziecka obcej osobie? A może mielibyście problem z wpuszczeniem do mieszkania obcego i pozostawienie go tam na parę godzin?

Będę wdzięczna za komentarze również od osób, które skorzystały do tej pory z takiej opieki i będą chciały podzielić się swoimi wrażeniami. Dziękuję!

niedziela, 5 marca 2017

Polki w Monachium: Joanna Mielewczyk i jej książka "Matka Polka Feministka"

Joannę Mielewczyk, wtedy jeszcze dziennikarkę radiowej Trójki, poznałam jakieś dwa lata temu. Najpierw przez parę miesięcy znałam ją wyłącznie mailowo, aż wreszcie chyba w październiku 2015 roku spotkałyśmy się osobiście. Ujęła mnie swoją odwagą, spokojem oraz pięknym, ciepłym głosem :)

Joanna Mielewczyk, Fot. Miriola Dzik
Dlaczego odwagą? Bo Joasia wraz z mężem i dwojgiem dzieci przeprowadziła się z Warszawy do Monachium - ot tak, organizując przy okazji wszystko, co z takim wyjazdem się wiąże - mieszkanie, przedszkole dla synów, naukę niemieckiego oraz mnóstwo innych większych i mniejszych spraw. Na pewno wiele z Was to zna, bo dzięki osobistym kontaktom z Wami wiem, że wielu/wiele z Was podjęło w pewnym momencie życia podobną decyzję. Joasia zmianę tę przyjęła jako przygodę i z optymizmem patrzyła w przyszłość. Podziwiałam ją również za jej wytrwałość w łączeniu dwóch światów - polskiego i tego tutaj, monachijskiego. Bo Asia regularnie jeździła do Polski i nagrywała tam swoje audycje radiowe: "Matka Polka Feministka" oraz "Seks nasz powszedni". A potem wracała do Monachium i ogarniała codzienność. Szybko zaprzyjaźniła się w kilkoma Polkami w Monachium, stając się stałym i ważnym gościem naszej grupy. W jej audycjach zaczęły pojawiać się tak istotne dla das tematy, jak emigracja, bycie polską mamą za granicą czy stanie "w rozkroku" między jednym krajem a drugim.

Tak właśnie poznałam Asię - jako Polkę, Matkę Polkę Feministkę, fajną mamę i kumpelkę, przy której każda rozmowa to przyjemność, świetną dziennikarkę oraz pełną pomysłów i ciepła przedsiębiorczą kobietę, która potrafi porwać tłumy!

Joanna Mielewczyk, Fot. Miriola Dzik

Parę miesięcy temu poznałam Asię dodatkowo jako autorkę książki "Matka Polka Feministka" - książki, która nakładem Wydawnictwa Poznańskiego niedawno ukazała się na polskim rynku. I właśnie o tej książce chciałam Wam dzisiaj napisać. Zapraszam Was więc, tak jak zaprasza zwykle Joasia na swoje rozmowy - weźcie ciepły koc, kubek dobrej herbaty i zaproście nas do siebie na kanapę :)



18 bohaterów, 18 rozmów o rodzicielstwie. O samotności, o trudnych decyzjach, radości, nadziei. O wierze i o tym, co dzieje się, gdy wiary zaczyna brakować. O szczęśliwych zakończeniach i długim oczekiwaniu na nie.
Bohaterami tych rozmów o rodzicielstwie są osoby, które Joanna przez kolejne lata zapraszała do swoje Trójkowej audycji. Osoby, które ktoś jej polecił lub które samy chciały się spotkać, aby porozmawiać o swoim "problemie". Celowo piszą ten wyraz w cudzysłowie, bo trudno wprost nazwać problemem śmierć, stratę, chorobę, życie według własnych zasad czy walkę z bezpłodnością. Bo każda z tych sytuacji to dla bohaterów książki punkt zwrotny, kierunkowskaz, wyznaczający drogę lub odciskający nieodwracalne piętno na życiu każdego z nich. 

Opowiadają o sobie, o swoich rodzinach oraz o wyzwaniach, jakie na ich drodze pojawiły się. Tym wyzwaniem często jest strata, ale przecież tam, gdzie pojawia się życie, gdzieś za rogiem czyha już śmierć. Albo choroba, która nie wybiera między dużymi i małymi. Albo trudna decyzja, której konsekwencje towarzyszą nam przez całe życie.

Niewątpliwie Joasia swoją książką odczarowuje rodzicielstwo - takie zname nam z blogów (!), instagramowych profilów czy wyretuszowanych zdjęć magazynowych, gdzie każdy się uśmiecha, nosi czyste ubrania, na pożegnanie mówi grzecznie "do widzenia" i spełnia wszystkie oczekiwania, jakie my w nim jako odbiorcy pokładamy. Bo łatwiej i lżej żyć w świecie, który jest ładny, wypielęgnowany i przewidywalny. Ale prawdziwe życie takie nie jest! Prawdziwe życie to małe i duże dramaty, to odpowiedzialność za siebie i najbliższych, to trud podejmowania niełatwych decyzji. I książka "Matka Polka Feministka" takiemu właśnie rodzicielstwu daje pełnowymiarowe miejsce. Z wszystkimi jego (od)cieniami i kolorami, których barw nawet nie potrafimy nazwać. Bo historie te są opowiadane szczerymi emocjami ich bohaterów - nie tylko samymi słowami, ale również wstrzymaniem oddechu, zaściśnięciem pięści, zdrobniałym wypowiedzeniem czyjegoś imienia, aromatyczną herbatą podaną do kolacji czy zaczerwienieniem oczu rozmówcy. 

To książka, którą czytasz ze łzami w oczach i gulą w gardle. Bo opowiedziane tu historie - zarówno ich treść, jak i sposób przekazu, poruszają do głębi, wzbudzają współczucie lub po prostu sympatię. Bo to nie serial, tylko samo życie i autentyczne, bardzo silne emocje. 

Niezwykłą wartością tej książki jest również fakt, że Joasia po jakimś czasie wróciła do każdego z bohaterów swoich opowieści, aby dowiedzieć się, co u nich obecnie słychać. Jak potoczyły się ich dalsze losy? Jak radzą sobie obecnie? Co dały im wyzwania, jakie pojawiły się w ich życiu parę lat lub pare miesięcy wstecz? Ten świetny zabieg sprawia, że opowiedzane tu historie żyją znacznie dłużej, niż wyłącznie na kartkach książki "Matka Polka Feministka" - mimo trudnych sytuacji i zakrętów życiowych każdy z bohaterów jednak jakoś ułożył sobie to życie na nowo. Po swojemu. Lub po prostu tak, na ile mu warunki lub własne sumienie na to pozwoliły. I to jest bardzo pocieszające, że mimo bólu, cierpienia, straty, zmiany czy trudnej przeszłości, bohaterowie "Matki Polki Feministki" znajdują dla siebie jakąś lukę, jakąś iskrę, która pozwala przetrwać i niesie nadzieję.


Dla wszystkich z Was, którzy mieszkają w Monachium, mam wspaniałą wiadomość: Joannę Mielewczyk możecie poznać osobiście podczas jej jedynego w stolicy Bawarii autorkiego wieczoru!
To wyjątkowa okazja, żeby zadać dziennikarce ciekawe pytania, kupić książkę i zdobyć autograf Joanny!

Spotkanie odbędzie się 9 marca 2017 o godz. 18.00 - 20.00 w Centrum Konferencyjnym Konsulatu RP przy Prinzregentenstr. 7 w Monachium. Wieczór autorski poprzedzony zostanie konferencją nt. wizerunku własnej firmy w internecie i mediach społecznościowych, którą będę miała przyjemność poprowadzić. Zapraszam w imieniu organizatorów, czyli w imieniu Justa Consulting.

Organizatorzy proszą zainteresowanych o kontakt mailowy na adres info@justaconsulting.de.

Czytał już ktoś z Was tę książkę? Co o niej sądzicie?