piątek, 31 lipca 2015

Podsumowanie lipca - witajcie wakacje!

Lipiec to dla mnie najczęściej czas wyjazdu do Polski - wtedy pakuję walizki i lecę z dziećmi, żeby spędzić kilka tygodni z rodziną. A że rodzinę mam dużą, jest kogo odwiedzać i z kim spędzać czas! :) Dlatego też w tym miesiącu było na blogu dużo spokojniej niż zwykle. Mimo to udało nam się spotkać w sumie pięć razy.

MONACHIUM

W lipcu poświeciłam atrakcjom w Monachium aż trzy z pięciu wpisów. Miesiąc rozpoczął się moim artykułem "Lato w mieście", jaki ukazał się w polonijnym czasopiśmie "Moje Miasto". Następnie opowiedziałam Wam o fajnej kawiarni krawieckiej "Nähhausen", w której m. in. można wziąć udział w kursach szycia rzeczy dla niemowląt i dzieci. Zaprosiłam Was również na pizzę do nowo otwartej pizzerii "Ciao Francesco" w moim ulubionym Luitpoldpark.

NIEMCY / POLSKA

W cyklu artykułów "5 powodów, dla którym warto żyć w Niemczech" pojawiły się wpisy dotyczące medycyny niekonwencjonalnej oraz urlopów w Polsce, które nabierają z naszej emigracyjnej perspektywy zupełnie innego charakteru...


W sierpniu w Bawarii trwają szkolne ferie. Miasto pustoszeje, dużo monachijczyków szuka wakacyjnego szczęścia w kraju lub za granicą. Ja zostaję na miejscu i będę Wam co jakiś czas podrzucać wakacyjne ciekawostki :)

poniedziałek, 27 lipca 2015

5 powodów, dla których warto żyć w Niemczech - #16. Urlop w Polsce

Zaledwie dwa dni temu wróciłam z mojego trzytygodniowego urlopu w Polsce. Byłam tam z dziećmi i razem spędziliśmy bardzo intensywny czas, każdego dnia wypełniony zabawą z rówieśnikami lub dziadkami, zwiedzaniem, pływaniem w jeziorku, rozmowami z rodziną, grillowaniem i tym wszystkim, co robi się w wakacje :) 

W życiu emigranta słowa "stąd" i "tutaj" nabierają nowego znaczenia - my wyjeżdżamy, a nasz polski dom zostaje. Podczas naszej nieobecności zmienia się zarówno dom, jak i my sami. Wracamy do znanego miejsca, ale ono nie jest już takie samo. Również my jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenia, znajomości i emocje, czasami nieprzekładalne na ojczysty język. Dodatkowo wyrwanie z tej polskiej rzeczywistości na parę miesięcy, niekiedy nawet na parę lat sprawia, że jako "goście" widzimy więcej, a przynajmniej inaczej. 

Ponieważ mam na świeżo w głowie i sercu wszystkie te emocje, które głębiły się we mnie przez ostatnie trzy tygodnie, postanowiłam dzisiejszy wpis poświęcić właśnie fenomenowi urlopu w Polsce - z punktu widzenia emigrantki od pięciu lat mieszkającej w Niemczech.

1. SPONTANICZNOŚĆ I ZDOLNOŚĆ IMPROWIZACJI
To przykład cech, które bardzo doceniam spędzając w Polsce mój urlop. Brak wielkiego planowania, robienia list to do, odhaczania punktów, a przy okazji wielka sztuka robienia czegoś z niczego. Zabrakło węgla do grilla? Nie szkodzi, upieczemy kiełbaski na patelni! Temperatura w lipcu spadła do 10 stopni? Nie ma sprawy, zamiast kąpieli z jeziorze będą samochodowe wycieczki. Nowi sąsiedzi za płotem? Zaprośmy ich na własnoręcznie robioną naleweczkę! W takim wymiarze prywatnym, rodzinnym bardzo te cechy lubię!


2. SFERA PRYWATNA
Z kosmetyczką rozmawiam o porodzie, z fryzjerem o jego ostatnim urlopie na Krecie, a panią w księgarni o dwujęzyczności. W Niemczech podczas ostatnich pięciu lat zdarzyło mi się to zaledwie parę razy, a w Polsce z kolei w przeciągu trzech tygodni - przejście ze sfery oficjalnej do tej całkiem prywatnej, nawet intymnej. To takie swojskie :)

3. CENY
U tej samej kosmetyczki i fryzjera, u których opowiadamy sobie różne prywatne historie, szokują mnie zawsze ceny! Zwłaszcza właśnie usługi są nawet o kilka razy tańsze niż w Niemczech, przede wszystkim w mniejszych miastach i miasteczkach. Często to, co płacę w Niemczech w euro, płacę w Polsce w złotówkach, przebicie jest więc czterokrotne! A jakość i wykonanie wcale nie niższa. No i o porodach można sobie pogadać ;)


4. RODZINA
To najbardziej oczywisty, ale i najważniejszy punkt tej wyliczanki. Dopiero w Polsce, otoczona rodziną, rodzicami, rodzeństwem, kuzynami, wujkami i ciotkami, czuję się częścią dużej wspólnoty, dzięki której mam do kogo przyjeżdżać i z kim odrywać na nowo mój kraj. Bo to właśnie moja rodzina jest dla mnie źródłem informacji i wiedzy o tym, jak zmieniła się Polska podczas mojej nieobecności, co Polaków obecnie porusza i w duszy im gra. Na moment ponownie staję się elementem całości, co daje mi ogromne poczucie satysfakcji, zrozumienia i przynależności.

5. WSPOMNIENIA
Ten punkt niewątpliwie wiąże się z rodziną, wybiega jednak dużo głębiej w moje życie osobiste. Odwiedzanie Polski jest dla mnie zawsze stąpaniem na szlakach, które kiedyś już przemierzyłam. Nawet jeśli poznaje i odwiedzam nowe miejsca, w których do tej pory nie byłam, każde z nich jest jak dotknięcie jakiejś we struny mnie, która uśpiona czekała na to, żeby ją obudzić. Pod koniec pobytu moja dusza gra prawdziwy koncert emocji i wspomnień, który nastraja mnie sentymentalnie. Zawsze się wtedy zastanawiam, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym została w kraju? W jakim mieście bym obecnie mieszkała? Gdzie pracowałabym? Jak wyglądałoby moje życie prywatne? Na te pytania nigdy nie znajdę odpowiedzi, ale urlopy w Polsce wyrywają mnie z mojej niemieckiej codzienności i wrzucają w wir takich właśnie pytań, wzbudzając lekką niepewność...


A jakie są Wasze spostrzeżenia na Polskę z perspektywy emigracyjnej? Co doceniacie w kraju, czego Wam najbardziej brakuje, za czym tęsknicie?

czwartek, 23 lipca 2015

Prawdopodobnie najlepsza pizza w mieście - za darmo!

Jeśli mnie już trochę znacie, to wiecie, że uwielbiam spędzać wolny czas w Luitpoldpark i to nie tylko dlatego, że jest to położony najbliżej mojego domu pas zieleni. To miejsce ma klimat, czar i sporo przestrzeni do aktywnego wypoczynku. 

W listopadzie zamknięto położoną w parku restaurację w Barmberger Haus. Było tu miejsce na kosze plażowe, niewielki plac zabaw, niezobowiązującego drinka i relaks przy zachodzącym słońcu. Z niecierpliwością wyczekiwałam otwarcia nowego lokalu, który zaledwie od kilku tygodni działa w miejscu poprzedniej restauracji.




Willa, należąca niegdyś do księcia Luitpolda, została podzielona na kilka części. Na pierwszym piętrze, podobnie jak za czasów poprzedniego właściciela restauracji, znajdują się eleganckie pomieszczenia, służące za spektakularne kulisy do wielu przyjęć rodzinnych i firmowych, najczęściej jednak wesel. Parter oraz taras zajmuje austriacka restauracja "Zum Ferdinand", w której zapłacenie rachunku za wiedeńskiego sznycla może przyprawić o zawał serca. Jest za to elegancko, uroczyście i dostojnie. Dodatkowo na tarasie znajduje się również ogródek piwny o wyjątkowo szykownym charakterze. Na pewno ciekawa opcja dla klientów ceniących dobrą lokalizację oraz smaczną kuchnię.



Mnie najbardziej jednak od początku interesowała włoska restauracja "Ciao Francesco", która zajęła część ogrodu od strony parku oraz podziemia willi. Tu jest już bardziej swojsko, obok stolików czeka niewielki plac zabaw, a najmłodsi klienci dostają dodatkowo kredki dla umilenia czasu. Nie bez znaczenia jest również fakt, że dzieci do lat 4 dostają małą pizzę gratis, a straszaki do 12 lat - płacą za pizzę połowę "dorosłej" ceny. Jest to dobry zabieg marketingowy, przyciągający rodziny z dziećmi. Ponieważ jednak pozostałe ceny nie są najniższe, ostateczny rachunek nie jest szczególnie niższy cen standardowych.




Natomiast pizza jest rzeczywiście znakomita! Może nie ma zbyt wielkiego wyboru smaków, ale nawet ta podstawowa margherita spełniła moje oczekiwania. Oprócz niej w menu również różnego rodzaju pasty, włoskie przystawki oraz desery. Niezjedzone resztki można oczywiście zabrać do domu.


Fajne miejsce, świetnie położone, zyskujące szczególny czar zwłaszcza latem. Ale i zimą, gdy je się wyłącznie w pomieszczeniu, będzie czuć tutaj ciepło pieca do pizzy oraz włoskie zapachy.



Ciao Francesco & Zum Ferdinand
Brunnerstrasse 2
80804 Monachium

Godz. otwarcia
wtorek - niedziela: 10:30 - 01:00

poniedziałek, 13 lipca 2015

Kawiarnia krawiecka, czyli Nähcafè „Nähhausen“ w Monachium

"Szyć może każdy, a w towarzystwie szycie sprawia jeszcze więcej przyjemności!" - tak do udziału w swoich kursach zachęca kawiarnia i warsztatownia Nähcafè „Nähhausen“, położona, jak sama nazwa figlarnie wskazuje, w dzielnicy Neuhausen. Znając jednak moje umiejętności krawieckie, a raczej ich brak, powątpiewałam, czy to hasło może dotyczyć również mnie... Moje obawy jednak były zupełnie nieuzasadnione, bo okazało się, że nie tylko umiem szyć, ale i sprawia to mi rzeczywiście dużo przyjemności! A odkryłam to dzięki Britcie, sympatycznej właścicielce Nähcafè „Nähhausen“, która zaprosiła mnie do udziału w jednym z jej kursów.



Ponieważ miałam wolną rękę w wyborze kursu, zdecydowałam się na taki, podczas którego można uszyć coś dla dzieci i niemowląt. Podczas gdy inne uczestniczki - większość z nich w zaawansowanej ciąży - szyły dla swoich dojrzewających w brzuszku dzieci maty, kocyki, śpioszki, poduszeczki i śpiworki do spania, ja zdecydowałam się na stworzenie kolorowego słonia dla moich chłopaków. W te trzy godziny nie dałabym rady uszyć dwóch rzeczy, dlatego wybrałam dwa różne materiały (w dinozaury i w autka, a jakże!) - po jednym na każdym boku słonia. Oprócz tego dobrałam niebieski materiał w białe kropki na uszy oraz czerwony na dwa serduszka, ozdabiające pupcię słonia :) 


Zarówno Britta, jak i krawiecka guru Gaby, z którą Britta tę kafejkę prowadzi, bardzo mnie w całym procesie szycia wspierały, pomagały mi i doradzały, jak najlepiej szyć, żeby dobrze wykonać zadanie, a przy tym dobrze się bawić. I to im się naprawdę udało, bo te kilka godzin minęło mi bardzo szybko i super przyjemnie! 


Myślę, że taki kurs, podczas którego powstają dzieła dla własnych dzieci, to wiele radości nie tylko dla przyszłych mam. Również ja myślałam sporo w czasie szycia o moich Synkach, o ich poczuciu humoru i uśmiechu na widok samochodowo-dinozaurowego słonia :) Ta rozmiłowana atmosfera sprzyjała pozytywnym efektom pracy, a efekty moich zmagań z maszyną do szycia i igłą możecie ocenić sami.


Nie do przecenienie jest również fakt, że w tej wyjątkowej szwalni znajduje się również mała kawiarenka, w której nabyć można wszelkiego rodzaju kawy i drobne przekąski. Gdy ktoś wybierze się na kurs bez obiadu i po niezbyt przespanej nocy, czyli tak jak ja, jest to ratunek na najbliższe godziny!

Oprócz kursów ubranek i rzeczy dla dzieci i niemowląt w Nähcafè „Nähhausen“ można wziąć udział m. in. w kursie szycia spódnic, sukienek lub fartuszka do Dirndla. Wasze wcześniejsze umiejętności nie mają znaczenia, czego dowodem jest mój słoń :) Poza tym „Nähhausen“ organizuje również imprezy urodzinowe dla dzieci, różne eventy i wieczory panieńskie. Możliwa jest także opcja skorzystania z samych maszyn i sprzętów krawieckich, podczas tzw. wolnej godziny. Polecam nawet największym amatorom szycia! :)

Dla moich drogich Czytelników Nähcafè „Nähhausen“ oferuje zniżkę na wszystkie kursy, jakie odbywają się w lipcu. Wystarczy zapisać się telefonicznie lub wysyłając mail na adres:  kontakt@naehhausen.de i podając kod: "From Munich with Love"!

Nähcafè „Nähhausen“
Pappenheimstraße 5
80335 Monachium

poniedziałek, 6 lipca 2015

5 powodów, dla których warto żyć w Niemczech - #15. Alternatywne metody leczenia

Dzisiaj będzie znów o zdrowiu. Pisałam już o profilaktycznych badaniach dla dzieci oraz o rodzinnej opiece zdrowotnej w niemiekich szpitalach. Tym razem będzie jednak nie tyle o samej medycynie szkolnej, a o alternatywnych metodach leczenia oraz o stosunku do nich w niemieckim społeczeństwie.

Temat medycyny alternatywnej poniekąd wiąże się z podejściem Niemców do ekologii, ochrony środowiska i stawiania środków naturalnych ponad chemicznymi. To wielkie zaufanie Niemców do homeopatycznej formy leczenia widać zwłaszcza w południowych Niemczech, głównie w Badenii-Wirtembergii. Być może wiążę się to z bliskością do Szwajcarii, w której ruch ekologiczno-naturalny jest szeroko rozwinięty, a być może ma związek z wielką popularnością postaci Rudolfa Steinera w Badenii i Szwajcarii północnej. Jedno jest pewne: naturalne, czy alternatywne sposoby leczenia nie są w Niemczech postrzegane jako nauka diabła, ale właśnie jako alternatywa. Dla niektórych nawet jako jedynie słuszna metoda leczenia.

1. HOMEOPATIA


O tym, że homeopatia w Niemczech jest bardzo popularna wiedziałam już zanim zostałam mamą. Jednak dopiero pojawienie się dzieci na świecie uzmysłowiło mi, jak wiele osób używa tych białych kuleczek i innych środków homeopatycznych. Wiele rodzin stosuje je kierując się maksymą: "Nie zaszkodzi, a może pomoże!". Już kobiety w ciąży, które jak wiadomo nie powinny brać żadnych leków, korzystają z homeopatycznych kuleczek, gdy boli je gardło, mają skurcze w łydkach lub migreny. Niemowlakom pierwsze globulki podają często położne środowiskowe, które odwiedzają młode rodziny. Gdy niemowlę cierpi na kolki, jest niespokojne lub źle sypia, podaje mu się wtedy homeopatyczne środki. Również w okresie laktacji położne stosują homeopatię, czego sama doświadczyłam - na zatory mleczne nie pomagały żadne środki, tylko kuleczki!


Pamiętam również, jak kiedyś na placu zabaw, mój Synek przewrócił się na beton i trochę zdarł sobie skórę na głowie. Podbiegła wtedy do mnie niemiecka mama i spytała, czy potrzebuję kuleczki Arniki, czyli homeopatycznego środka na wstrząsy, silne uderzenia i skaleczenia. Część rodziców nosi taką małą podręczną apteczkę przy sobie - na wszelki wypadek. Ba, nawet w niektórych przedszkolach nauczycielki podają dziecku Arnikę, jeśli zrobi sobie krzywdę!

2. OSTEOPATIA


Z osteopatią spotkałam się pierwszy raz również po narodzinach dzieci. Znajome położne polecały mi wizytę u takiego specjalisty, bez względu na występowanie jakiś dolegliwości u niemowlaka lub ich brak. Miał to być taki ogólny "przegląd" dzidziusia. Jak zaczęłam interesować się tą formą leczenia, okazało się, że wielu znajomych z niej korzysta - nie tylko dla swoich dzieci, ale również dla siebie. Osteopata często pomaga Niemcom przy trwałych migrenach, przy problemach z kręgosłupem lub przy regulowaniu tzw. blokad, które mogą pojawić się w wyniku różnych sytuacji życiowych. Nie spotkałam się z tym, aby ktoś traktował osteopatę, jak podejrzanego uzdrowiciela - na jego korzyść przemawiają również długoletnie studia specjalistyczne i ogólnie uznane wykształcenie zawodowe. Niektóre kasy chorych płacą za część wizyt u osteopaty, jeśli wcześniej dostaniemy receptę od lekarza.

Ja np. poprosiłam mojego pediatrę o taką receptę i dał mi ją bez problemu. Kasa chorych zwróciła nam znaczną część poniesionych kosztów podczas kilku wizyt u osteopaty z moim Synkiem.

3. WAHADEŁKO / RÓŻDŻKARSTWO 


Spotkałam się już z kilkoma osobami, które za pomocą wahadełka lub specjalnej różdżki oceniają jakość różnych produktów spożywczych, wykrywają tzw. żyły wodne lub węzły w siatce geobiologicznej Ziemi, mogące mieć wpływ na jakość życia lub na występowanie niektórych zjawisk, np. konkretnych chorób, burz lub trzęsień ziemi. Bzdura? W niemieckim społeczeństwie - nie! Można ukończyć specjalistyczne szkolenie, aby właściwie posługiwać się różdżką i wahadełkiem, są eksperci, którzy w tych dziedzinach osiągają sukcesy. Można nawet zbadać swoje mieszkanie pod kątem szkodliwego promieniowania elektromagnetycznego. Zjawisko smogu elektromagnetycznego jest tu znane, a jego negatywne skutki rozpoznane jako choroba (podobno mogą mieć wpływ np. na atopowe zapalenie skóry).

4. AKUPUNKTURA


I znowu będzie o ciąży i połogu - bo właśnie w tym okresie akupunktura jest bardzo popularna wśród kobiet. Stosują ją położne, które chcą w ten sposób przygotować swoją pacjentkę na czas porodu oraz po nim. I to nie tylko prywatne położne, które przychodzą do nas domu - również te, które pracują w szpitalach. Akupunktura w czasie ciąży jest obecnie standardowym zabiegiem, który oferują kliniki położnicze - i nikomu nie przeszkadza, że światła jednostka naukowa stosuje w swoich murach również medycynę niekonwencjonalną.

5. STOSUNEK MEDYCYNY SZKOLNEJ DO MEDYCYNY NATURALNEJ


I właśnie tego dotyczy ostatni punkt mojej wyliczanki. Tego, że te dwie gałęzie medycyny - czyli szkolna i niekonwencjonalna - nie wykluczają siebie nawzajem. Oczywiście niektórzy lekarze pukają się w głowy, jeśli pacjent chory np. na raka nie chce podjąć leczenia chemią, a woli przejść kurację homeopatyczną. Jednak nie spotkałam się z pogardą, brakiem szacunku lub wręcz wyzywaniem od diabłów, szamanów lub wiedźm... Wręcz przeciwnie: parę razy zdarzyło mi się od pediatry dostać najpierw środki homeopatyczne (np. krople do oczu, tabletki na gardło lub różne maści) zanim zaczęliśmy stosować inne leki uznane oficjalnie przez medycynę szkolną.

Mam wrażenie, że w Polsce traktuje się alternatywne metody leczenia jako źródło zabobonów, nie mające absolutnie żadnego przełożenia na naukową wiedzę. W Niemczech z kolei nie przekreśla się zupełnie możliwych pozytywnych skutków takich metod leczenia, nie zamyka się szkół uczących homeopatii lub nie traktuje osteopaty jako wiedźmina. A pediatra, zanim poda ryczałtowo antybiotyk, poszuka wśród produktów homeopatycznych "odpowiednika", którym można próbować zwalczyć chorobę.

No i teraz jestem bardzo ciekawa, jakie są Wasze doświadczenia w tym temacie: zarówno stosowania homeopatii, akupunktury i osteopatii, jak i stosunku Waszych  lekarzy do medycyny niekonwencjonalnej. Czekam na Wasze komentarze :)

czwartek, 2 lipca 2015

Lato w mieście: gdzie spędzić wakacyjne chwile z dziećmi w Monachium

Miło mi rozpocząć kolejny miesiąc czwartym już artykułem "Polki w Monachium", jaki parę dni temu ukazał się w najnowszym numerze "Mojego Miasta". Tym razem postarałam się zebrać dla Was kilka wakacyjnych inspiracji, gdzie można spędzić te letnie i ciepłe tygodnie w mieście. W końcu nie każdy ma możliwość wyjazdu na śródziemnomorskie plaże :)

A jakie są Wasze ulubione miejsca, w których spędzacie czas wolny z dziećmi? Polećcie je - może ktoś skorzysta :)




A tutaj jeszcze linki do postów o wybranych miejscach, jakie w artykule "Mojego Miasta" wspomniałam: