poniedziałek, 8 czerwca 2015

5 powodów, dla których warto żyć w Niemczech - #13. Zaufanie społeczne

O tym, że w Polsce zaufanie społeczne równe jest zeru przekonałam się dopiero mieszkając w Szwajcarii, gdzie spędziłam półtora roku. Niewiele, ale wystarczająco żeby poczuć tę różnicę - nikt nie łapał się przy każdej okazji za torebkę lub kieszeń spodni, aby sprawdzić czy własny portfel nadal tam tkwi, wiele osób zostawiało swoje domy cały dzień otwarte (kiedy sami przebywali w środku), a plecaków z cenną zawartością nie oplątywało się wokół kawiarnianego krzesła, aby jakiś potencjalny złodziej nie pokusił się na naszą własność. W Polsce odwrotne sytuacje zdarzały mi się często! Sama uczulałam mojego wtedy jeszcze niemieckiego narzeczonego, żeby się nie wygłupiał i nie paradował po ulicach Warszawy ze swoim portfelem "ukrytym" w tylnej kieszeni spodni - przecież to jak zaproszenie do kradzieży!

Nie chodzi mi o to, w którym kraju więcej się kradnie, ale o sam fakt postrzegania lub nie przypadkowego przechodnia jako potencjalnego złoczyńcy. Wiadomo, że i w Niemczech są regiony, w których wskaźnik przestępczości jest wysoki, jednak w ogólnym rozrachunku dba się tu o dobro ogólne, jak i osobiste. Nazwijcie to "ordnungiem", dla mnie to po prostu społeczne zaufanie.

Ten sposób myślenia oraz funkcjonowania jednostek w obrębie grupy ma moim zdaniem wpływ na ludzkie zachowanie i naszą codzienność. Oto kilka cech niemieckiej kultury, które mnie bardzo pozytywnie zaskoczyły i które potwierdzają moją tezę o większym wzajemnym szacunku w tutejszym społeczeństwie. 

1. SAMOOBSŁUGOWE KIOSKI Z GAZETAMI CODZIENNYMI
W Monachium (jeśli dobrze pamiętam również w Hamburgu) prawie na każdym rogu dużego skrzyżowania znajduje się skrzynka, z której można wyciągnąć codzienną prasę. Za gazety należy płacić, a odliczone pieniądze wrzucić do umieszczonej obok skrzynki skarbonki. W przeciwieństwie do Hamburga, w stolicy Bawarii skrzynki można jednak otworzyć bez konieczności wrzucenia monet. Co oznacza, że teoretycznie każdy może sobie taką gazetę wziąć, gwizdnąć na zapłatę i pójść dalej. O tym, że tak się nie dzieję, świadczy fakt, że wydawcy nie bankrutują, owe skrzynki nie są zamykane, a wręcz przeciwnie - stoją tak już ładnych parę lat i mają się dobrze. Czyli jednak wydawcom opłaca się taka forma handlu. UFAJĄ oni swoim czytelnikom i wierzą w ich czyste sumienie.
Czy macie podobne doświadczenia z innych niemieckich miast?


A tak na marginesie: sam fenomen tych gazetowych skrzynek wynika moim zdaniem z małej ilości kiosków z gazetami. Nie ma tu kiosków w polskim pojęciu budki z okienkiem na wysokości pęcherza. Jeśli są, to funkcjonują raczej jako sklepik z gazetami, czasopismami, biletami, totolotkiem i artykułami piśmienniczymi.

2. KWIATY DO SAMODZIELNEGO ZBIERANIA
Ta samoobsługowa polna kwiaciarnia to prawdziwy smaczek! Przejeżdżamy autem koło ukwieconego pola, widzimy np. piękne kolorowe tulipany lub oblane słońce peonie. Czemu by nie urwać sobie kilku kwiatów do domu? Pole jest otwarte i nikt go nie pilnuje. Jednak przy wejściu stoi cennik oraz skarbonka, do której należy wrzucić wyliczoną kwotę. Uwierzcie mi: każdy Niemiec wrzuci! I w to właśnie UFA właściciel zadbanego pola pełnego pięknych kwiatów.



3. OTWARTA BIBLIOTEKA
To akurat przykład z mojej dzielnicy. Przed basenem Nordbad znajduje się mała uliczna biblioteczka. Wygląda jak zwykły regał z półkami, na którym stoją półki, zamknięty z obu stron szklanymi drzwiczkami. Jest to projekt kulturalny, który ma na celu "wyjście z książką do ludzi". Przechodzień może sobie wybrać i wziąć do domu ulubioną książkę - w zamian proszony jest o wstawienie do regału nowej pozycji lub odniesienie starej po jej uprzednim przeczytaniu. Proste i genialne zarazem. I ilekroć tędy przechodzę, zawsze ktoś przegląda zawartość regału lub "wypożycza" wybraną książkę. A artysta UFA, że miłośnik literatury podzieli się z innymi swoją pasją i odłoży na miejsce inną lub tę samą lekturę.



4. ROWERY
W Hamburgu było inaczej, chociaż i tam - ze względu na ogromną ilość rowerów - z pewnym pobłażaniem dbało się o swoje dwukołowe pojazdy. W Monachium tendencja do zakładania zamków na rowery, zwłaszcza jak się idzie po prostu na zakupy lub szybko odbiera dzieci z przedszkola, jest zdecydowanie mniejsza. Rowerów raczej nie przypina się na siłę do jakiegoś słupa, latarni lub rynny, lecz najczęściej przekłada łańcuch przez same szprychy i parkowanie gotowe! Odstawiam rower na chwilę pod ścianą sklepu i UFAM, że nikt mi go stamtąd nie zabierze.

5. SPACERÓWKI
Ile razy zostawiałam sam wózek dla dzieci przed sklepem, przed kawiarnią, gdzieś na jakimś korytarzu - początkowo obowiązkowo z zamkiem bezpieczeństwa, później często również i bez niego, bo szybciej i wygodniej... Również w innych punktach miasta często widuję takie wózki stojące gdzieś przypadkowo. Nie oznacza to, że właściciele ich nie pilnują, ale po prostu UFAJĄ, że nikt nie pokusi się o część wyposażenia młodej rodziny z dzieckiem.

Mimo tego wszystkiego zdarzają się oczywiście częste i nagminne przypadki kradzieży - ich nasilenie zależy pewnie również od regionu, w którym się żyje lub od naszych warunków mieszkaniowych (duże miasto, miasteczko czy wieś). Moim zdaniem jednak stopień szacunku i ZAUFANIA, jakim obdarza się obcego człowieka, jest naprawdę wysoki.

Jesteście podobnego zdania? A może Wasze doświadczenia wskazują na całkiem inne cechy tutejszego społeczeństwa?

13 komentarzy:

  1. Co do rowerów to się nie zgodzę. W Monachium kradną bardzo rowery.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie twierdzę, że nie kradną! Ba, kradną nawet wózki dla dzieci lub części od tych wózków! Ale chodzi mi raczej o stosunek właścicieli rowerów do swoich pojazdów. Łańcuchy są, owszem, ale rzadko przypina się rowery do jakiejś rury czy słupa - zwykle stawia "luźno" gdzieś na ulicy. Nie ma panicznego strachu, że ktoś mi rower za chwilę zwinie...

      Usuń
  2. Świetna sprawa z możliwością zerwania sobie kwiatów za opłata :)

    OdpowiedzUsuń
  3. W Monachium mieszkałam cosik ze 2 lata, dobre 10 lat temu. I niestety mam ciągle w pamięci to zaglądanie do plecaka za portfelem czy owijanie torebki wokół kawiarnianego krzesełka. Szczególnie na Marienplatz było to bardzo dobrze widoczne: morze turystów z całego świata, a każdy z nich ma inne zdanie na temat cudzej własności. Mieszkam w Niemczech już 10 lat, przerobiłam Monachium, Leipzig, Berlin, Stuttgart i powiadam wam przeto: nawet w Niemczech chowajcie swoje portfele albowiem nie znacie miejsca ni godziny. A pola z kwiatkami to faktycznie ekstra sprawa. W Berlinie bodajże istnieje plantacja jagód (truskawki, maliny, borówki i takie tam) która nie jest przez nikogo pilnowana. Można wejść, nazbierać sobie owoców, zważyć na wadze i wrzucić należność do skarbonki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, cennej własności trzeba pilnować wszędzie, z tym zgadzam się! Również w Niemczech dużo się kradnie. Chodzi mi raczej o stosunek do drugiego człowieka - nie w każdym od razu widzi się potencjalnego złodziejaszka i mniej jest panicznego dbania o swoje...

      Usuń
  4. Za miesiąc jadę do cioci do Monachium i byłam ciekawa życia codziennego w tym miejscu. Dzięki za posta

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawy artyklul, duzo prawdy z zycia codziennego. Ale wiadomo, jak wszedzie sa i wyjatki i ludzie widza sprawy inaczej. Ja je spostrzegam bardzo podobnie jak Ty Dominiko! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, każda sytuacja jest bardzo indywidualna. Ale niektóre sprawy można omówić wyłącznie generalizując problem. Dzięki kaczorrrita za komentarz! :)

      Usuń
  6. W Darmsztadzie można było sobie samodzielnie zrywać kwiaty i truskawki, a rowery przypinaliśmy głównie po to, żeby przez pomyłkę nie wziąć cudzego - instytut kupił całe mnóstwo jednakowych. Faktycznie, bardzo mi tego brakuje tutaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dzisiaj po drodze po domu też widziałam kilka "luźno" przypiętych rowerów. Ba, nawet sama zapomniałam swojego, robiąc zakupy. Stał, jak go zostawiłam... ;)

      Usuń
  7. W mojej okolicy natomiast powszechna jest sprzedaż ziemniaków w taki sposób. W skrzynkach leza ziemniaki popakowane po 5 i 10 kg, wybiera sie worek, a do kubeczka nalezy wrzucic odpowiednia sume. Dziala to od wielu lat, a sasiadka, ktora jest wlascicielka tego ,"stoiska" twierdzi, ze zawsze pod wieczor pieniadze sie zgadzaja. :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz :)