piątek, 7 listopada 2014

Lampiony na dzień św. Marcina

O samym dniu św. Marcina, pochodach z lampionami i znaczeniu rytuałów wokół tego święta pisałam już w zeszłym roku w poście "Pochód św. Marcina: o dobrych uczynkach, lampionach i oczyszczającej mocy ognia". Co roku jednak bardzo pozytywnie zadziwia mnie fantazja, z jaką dzieci przygotowują swoje lampiony. Tyle kolorów, przeróżnych kształtów, figur, gry światełek! Fascynujące!

Przypominam sobie pierwsze święto z latarenkami w Niemczech - Synek miał wtedy zaledwie 10 miesięcy, ale Mąż już parę dni wcześniej przygotował mu piękny i łatwy w wykonaniu lampion. Chodziło głównie o symbol, dobrą zabawę i oswojenie przeze mnie tematu :) Mieliśmy rodzinnie wybrać się na pochód wraz z jakimś przedszkolem, ale sprawy potoczyły się inaczej. Mąż wylądował w szpitalu z ciężkim zapaleniem płuc, a my nie mogliśmy go nawet odwiedzić. W dzień św. Marcina wybrałam się z Synkiem do szpitala, pod okno pokoju, w którym leżał Mąż. Pamiętam wzruszenie, Męża stojącego na balkonie opatulonego w szpitalną kołdrę oraz naszą skromną latarenkę, którą świeciła w ciemności i wysyłała znak nadziei i ciepłych myśli o chorym... 

W tym roku znów choroba nas się czepiła, ale na szczęście nie aż tak paskudna. Młodszy Synek był przez parę dni ze mną w domu i kurował się z niemiłego przeziębienia. Gdyby nie to, zrobiłby swój lampion razem ze swoją Tagesmutter i innymi dziećmi, którymi się ona opiekuje. Tak się jednak nie stało, więc postanowiliśmy sami udekorować naszą latarenkę. Pusty szablon dostaliśmy od Tagesmutter (podobne do własnoręcznej dekoracji można kupić za grosze np. w internecie lub w sklepie Kunst und Spiel, o którym kiedyś pisałam), pozostało nam zakasać rękawy i ozdobić biały pergamin według własnego gustu. 



Ponieważ sprawa była dosyć spontaniczna, nie byłam przygotowana na wielkie majsterkowanie. W domu znalazłam jedynie czerwoną farbę kryjącą, mazaki z brokatem i kilka kolorowych pieczątek. 21-miesięczny Synek wdział ochronny fartuszek i dał upust swojej fantazji. Nie przeszkadzałam mu i zostawiłam dużo swobody w wykonaniu dzieła. Dorysowałam mu jedynie małe czerwone serduszko i pomogłam z pieczątkami, resztę prac wykonał sam :)



Teraz pozostaje mi liczyć na to, że do 11 listopada, czyli do dnia św. Marcina, Synek wyzdrowieje i będzie mógł samodzielnie nieść swój promyczek przez ciemne ulice Monachium. A Wasze dzieci - robiły lampiony w przedszkolu czy razem z Wami?


Słynny lampion wykonany 3 lata temu przez Męża oraz tegoroczna latarenka małego Nico

8 komentarzy:

  1. Piękna tradycja, zupełnie jej nie znałam, a mieszkam po sąsiedzku z Niemcami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Polsce organizuje się takie pochody w okolicach Poznania i chyba też na Śląsku...

      Usuń
    2. no tak, ja z Małopolski więc zupełnie nie znałam, a moje wspomnienia z dzieciństwa związane z 11 listopada to zbieranie łusek bo nabojach ;) ale teraz już wiem, dlaczego w Niemczech ostatnio tyle lampionów w sklepach widziałam :)

      Usuń
  2. Wzruszająca historia z lampionem...
    Ja bardzo lubię to śiwęto. W Autrii było pełne ciepła, śpiewu. Cudowne robione w przedszkolu lampiony.
    Tu - byłam dzisiaj w naszym miasteczku/wisoce: okropne: przeszliśmy ulicą z rynku do przedszkola w nieładzie, każdy sobie , bez śpiewu, plotkowali ludzie, dzieci machały troszkę lampionami. Lampiony - takie gotowce bez duszy...
    Przy przedszkolu impreza - parówki... dzieci w nocy porozbiegały się po placu zabaw a dorośli tupali do rutmu dziwacznej muzyki.
    A tak się cieszyłąm, że nastrojowy wieczór będziemy mieli; nawet zostawiłąm płaczącą Miluśkę...
    Dalej nie mogę zrozumiec tego miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Elu, im więcej czytam Twoich wpisów i komentarzy, to tym bardziej mam wrażenie, że mówisz o jakimś zupełnie innym kraju! Ale widać Niemcy nadal są mentalnie podzielone, mimo 25 lat bez granic... Trzymaj się ciepło!

      Usuń
    2. Tak... jednak ten podział jest! Mam sąsiadó, młodych Niemców, którzy pochodzą 200 km "na zachod" i sami się dziwią i rozmawiają z nami o tym "jak tu jest dziwnie". Coraz rzadziej piszę na blogu o tym miejscu tu, jak mi źle i dziwnie, bo mam wrażenie, ze tylko narzekam, a tak nie chcę.
      Ale wiesz, w poniedziałek widziałm pochód z lamionami w miastcezku 20 km stąd i: o wiele łądniejszy!!! lampiony robione! Koń! Muzykanci. ALe muzykanci intonowali ...ale nikt nie otworzył buzi,żeby zaśpiewać... Szkoda, bo ślicznie wyglądali...

      Usuń
  3. Bardzo podoba mi się ta tradycja i idea, jaka jej przyświeca :) Piękne lampiony!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, jutro będę znów chodzić wzruszona, widząc moje dzieci z własnoręcznie zrobionymi lampionami :)

      Usuń

Dziękuję za Twój komentarz :)