niedziela, 28 września 2014

Jesienne skarby

Nie jestem wielką fanką jesieni, bo kojarzy mi się z deszczem, pluchą i długą zimą przed nami. Początek ten nowej pory roku napawa mnie nostalgią za minionym latem i robi mi się smutno, że do następnego zostało jeszcze tyle długich, zimnych miesięcy. Na szczęście jesień pokazuje również swoją dobrą stronę i czasami rozpieszcza nas takimi pięknymi, słonecznymi dniami, kiedy można jeszcze zrzucić ciepłe kurtki, wystawić twarz do słońca lub wybrać do się lasu na zbieranie jesiennych skarbów. 

My tym razem do lasu co prawda nie trafiliśmy, ale w drodze z przedszkola do domu postanowiliśmy pograbić liście w parku, zbudować domek dla krasnoludków i nazbierać trochę kasztanów. Dzień był piękny, światło wymarzone, a chłopcy dali się nawet obfotografować :) I pokłócili się wyjątkowo tylko raz o to, który z nich ma obierać kasztany z zielonej skorupki...









Oby ta złota jesień trwała jak najdłużej! Nie tylko w Monachium :)



piątek, 26 września 2014

Kunst und Spiel Herbstfest, czyli jesienne zabawy w wyjątkowym sklepie

Ci z Was, którzy śledzą mojego bloga już jakiś czas, znają być może sklep Kunst und Spiel w dzielnicy Schwabing, o którym kiedyś szczegółowo pisałam. Na wiosnę 2014 roku sklep przeszedł remont, zyskał więcej powietrza, światła i miejsca na nowe zabawki i rzeczy.

Tym razem chciałam Wam wspomnieć o dwóch atrakcyjnych dniach, jakie mają miejsce dziś i jutro w Kunst und Spiel, a więc w piątek 26.09. i w sobotę 27.09.2014. Sklep zaprasza na zabawowe popołudnia, podczas których można majsterkować, wysłuchać bajek, spotkać clowna oraz po prostu pobawić się. W tym czasie prawie cały asortyment sklepu (oprócz książek) dostępny jest z 10% zniżką, co nie jest bez znaczenia przy regularnych cenach proponowanych w Kunst und Spiel ;) Na dzieci i dorosłych czekają dodatkowo małe przekąski i napoje. Po szczegółowy program tego jesiennego święta w imieniu organizatorów zapraszam TUTAJ.

Nowy kącik do malowania w dziale artykułów do prac ręcznych

Kunst und Spiel
Leopoldstrasse 48 (na wysokości przystanku metra Giselastr., dzielnica Schwabing)
80802 Monachium
www.kunstundspiel.de
Godziny otwarcia
pn. - pt. 9:30 - 19:30
sb. 9:30 - 18:00

wtorek, 23 września 2014

Idziemy do przedszkola + nasza przedszkolna wyprawka

Pamiętam dokładnie moment, kiedy pierwszy raz go ujrzałam - leżał u mnie na brzuchu i łypał ciekawie jednym okiem (drugie było nadal przymknięte). W pamięci mam nieprzespane noce, kaszki, przecierane zupki. Przypominają mi się jego pierwsze słowa i pierwsze kroki. Nigdy nie zapomnę pierwszych wspólnie zrobionych babek z piasków oraz upieczonych ciasteczek bożonarodzeniowych. Mój Synek, dzięki któremu poznałam, co to znaczy być mamą, idzie dzisiaj do przedszkola. Pierwszy raz. Kolejny krok, który oddala go od mamy, ale przybliża do samodzielności. To nasz wspólny debiut. 



Synek bardzo się na ten moment cieszy i nie może doczekać, żeby pokazać nowym koleżankom i kolegom swoje przedszkolne skarby. A trochę się ich nazbierało, bo postarałam się, żeby ten moment był dla niego wyjątkowy. Oto, jak wyglądają nasze przygotowania!


Wszystko zaczęło się od różowego plecaka - to ten wymarzony, bo w ulubionym kolorze. Wyzwanie było duże. Mimo że nie neguję tego koloru w fascynacjach Synka, różowy plecak wydawał mi się już hardcorem. Na szczęście udało mi się znaleźć bardzo fajny kompromis: różowo-brązowy plecak ze zwierzęcymi motywami. Dzięki temu Synek jednak nie wygląda, jak fan Hello Kitty lub księżniczki Lillifee ;)



Do plecaka władamy obowiązkowo kapcie - dinozaury to tak dla równowagi z tym różowych plecakiem.


Do przedszkola dzieci mają przynieść swój kubeczek - tu zaskoczyłam Leo, zamawiając mu kubek z narysowanym wozem strażackim (tym samym poszerzyłam nasze strażackie accessoire ;)) oraz - co na tym etapie bardzo ważne - z jego imieniem.



Ponieważ dzieci będą w przedszkolu jadły własne śniadanie i podwieczorek, do plecaka wkładamy również pojemnik na drugie śniadanie  oraz butelkę na picie w czasie drogi do przedszkola. 



Żeby nie podpisywać każdej rzeczy Leo z osobna, zamówiłam komplet naklejek z jego imieniem. Dzięki temu ubrania ani przedmioty nie zagubią się wśród rzeczy innych przedszkolaków.


W plecaku nie może zabraknąć również ukochanego Króliczka (u nas na zdjęciu zamiennie przytulna owieczka, bo jak robiłam fotki, to Króliczek był akurat w użyciu).

Sam temat przedszkola wałkujemy już dosyć długo. Bardzo pomogły nam w tym różne książki o tej tematyce - na zdjęciu jedna wypożyczona z biblioteki miejskiej. Na początku Leo zarzekał się, że do końca życia będzie chodził do swojej Tagesmutter, jednak mniej więcej po skończeniu trzech lat, zauważyliśmy, że ta forma opieki już zaczynała mu nie wystarczać. Wtedy też temat przedszkola stał się ciekawszy i coraz bardziej ekscytujący. Mam nadzieję, że sam proces adaptacji przebiegnie szybko i bez burzowo, bo po prostu cieszymy się na ten nowy etap, mimo iż łezka się w oku kręci...



A samym procesie rejestracji do przedszkola napiszę wkrótce - mamy dwu- i trzylatków na pewno się ucieszą :)



piątek, 19 września 2014

Oktoberfest z dziećmi

Czy to w ogóle możliwe zabrać dzieci na Oktoberfest - największy na świecie festyn? Przecież to tłum, dosłownie rzeka ludzi przelewająca się w obu kierunkach, hałas, zamieszanie, hektolitry piwa i podpitych wesołków. Ale Oktoberfest to również Monachium i Bawaria, to tutejsza tradycja tak mocno już zakorzeniona, że trudno jej nie znać, mieszkając tu czy będąc choćby przejazdem. Otóż wizyta w dziećmi jest jak najbardziej możliwa, trzeba tylko przestrzegać kilku ważnych reguł.


Po pierwsze nie idziemy na Oktoberfest, tylko auf die Wiesn (w dialekcie)! Po drugie najlepiej w odpowiednim stroju - skoro Japończycy i Amerykanie mogą, to czemu my nie? A po trzecie z wózkiem to najlepiej w ciągu tygodnia przed południem - po południu robi się naprawdę tłoczno i trudno tu spacerówce w ogóle przejechać. Zresztą po godz. 18:00 poruszanie się wózkiem po Theresienwiese (czyli terenie, na którym Oktoberfest się odbywa) jest niedozwolone. Warto wiedzieć, że zakaz ten obowiązuje dodatkowo przez całą sobotę! I jeszcze jedna wskazówka - przed wyjściem z domu możecie dziecku napisać markerem na ręce własny numer telefonu, na wypadek gdyby się zgubiło. Wiem, że w wielu wypadkach pomogło to szybko odnaleźć zgubę...

Wyzwanie blogowe: Dzień 5. Rzeczy, bez których nie mogę żyć

Dzień 5: Rzeczy, bez których nie mogę żyć

Dziś znów post fotograficzny, czyli za pomocą zdjęć pokażę Wam pięć przedmiotów, bez których mój dzień wyglądałby zupełnie inaczej, niż obecnie...

1. Mój telefon iPhone4



2. Rower z przyczepką - bez niego odwożenie i przywożenie dzieci stałoby się długą wyprawą.



3. Mój stary, wysłużony laptop TOSHIBA



4. Maskara - staram się rano chociaż wytuszować rzęsy. Wtedy od razu lepiej się czuję!



5. Kawa i coś słodkiego - bez nich trudno byłoby przetrwać cały dzień!


czwartek, 18 września 2014

Wyzwanie blogowe: Dzień 4. Pięć ulubionych blogów i dlaczego je czytam

Dzień 4: Pięć ulubionych blogów i dlaczego je czytam

Nie pamiętam w tej chwili, jaki był pierwszy blog, jakiego zaczęłam czytać regularnie. Na pewno odkąd sama bloguję, czyli już od prawie 3 lat, zaczęłam interesować się tym rodzajem stron internetowych i sposobem komunikowania się poszczególnych blogerek. Kobiet właśnie, bo czytam prawie wyłącznie blogi piszących mam. 
  1. Mój naj naj naj to blog Deszczowy Dom i postać Jareckiej stworzona przez Wszechwiedzą Narratorkę, czyli utalentowaną, dowcipną i bardzo mądrą mamę piątki dzieci. Nigdy nie widziałam jej na żadnych zdjęciu, nie rozmawiałam z nią, wymieniłam jedynie kilka komentarzy, jednak sposób w jaki Jarecka pisze, sprawia że czuje się, jak na rozmowie z najlepszą przyjaciółką. Jarecka jest inna niż my wszystkie i za to ją kocham! A poza tym moja książeczka sensoryczna dla Synka opisana w poście z drugiego dnia wyzwania, została zainspirowana właśnie przez wyczyn Jareckiej. 
     
  2. Na Deszczowy Dom trafiłam dzięki Eli z Dwujęzyczności. Poruszane tu tematy są mi szczególnie bliskie nie tylko ze względu na dwujęzyczne wychowanie moich dzieci, ale również dlatego, że Ela niedawno przeniosła się z Austrii do Niemiec, urodziła tu swoje trzecie dziecko i stąd właśnie opisuje swoje zmagania z tutejszą rzeczywistością, kulturą, ze społeczeństwem. Lubię tu zaglądać po inny punkt widzenia i osobę z krwi i kości piszącą wszystkie posty. 
     
  3. O tym, że to blog, który skupiał się głównie wokół książek dla dzieci czytanych przez mamę Olgę i córkę Ewę. A właściwie Ewkę, bo taka z niej śmieszna aparatka, jakby to powiedział mój syn Leo :) A więc Ewka jest przeuroczą i przezabawną 4-latka, od niedawna siostrą małego Wojtka, uwielbiającą swoją kotkę, kolor różowy (a jakże!) i pochłaniającą książki dla dzieci, jak niektórzy żelki Haribo. Uwielbiam tego bloga za osobisty, ale nieintymny ton oraz za świetne zdjęcia i poczucie humoru mamy Olgi. 
     
  4. Niedawno odkryty blog Żyj, kochaj, twórz zmobilizował mnie do wizualnych zmian na mojej stronie i dał mi możliwość poznania fantastycznej osoby - Karoliny, jego autorki. Karolina nie tylko upiększa inne blogi, ale również daje wiele cennych wskazówek na temat obróbki zdjęć, zawartości postów, banerów, całej szaty graficznej. Oprócz tego, a może przede wszystkich jest mamą, która inspiruje i zachęca do piękniejszego życia, kochania i tworzenia. 
  5. W tym zestawie nie mogę pominąć strony, a właściwie stron internetowych Uli, która zaprosiła mnie do tego blogowego wyzwania. Sen Mai i Urszula Phelep to dwa blogi, które pomogły mi zmienić mój blogowy punkt widzenia i zmotywowały do wewnętrznego remanentu :) Tych zmian nie koniec, dlatego cieszę się na dalszą znajomość z kreatywną Ulą! A blisko mi do niej, ponieważ podobnie jak ja jest mamą dwójki dzieci, ma męża Francuza i mieszka na obczyźnie. W swoich blogu pisze także o Francji i kulturowych różnicach.
     

środa, 17 września 2014

Wyzwanie blogowe: Dzień 3. Ukochane hobby

Dzień 3: Ukochane hobby

Jeśli śledzicie mojego bloga już jakiś czas, pewnie domyślacie się, o jakim hobby będzie dzisiaj mowa: fotografia!

Tym razem postanowiłam wkleić tu kilka zdjęć zrobionych przeze mnie, które są dla mnie w jakiś szczególny sposób ważne lub które po prostu bardzo lubię.












wtorek, 16 września 2014

Wyzwanie blogowe: Dzień 2. 10 rzeczy, o których nikt o mnie nie wie

Ups, robi się gorąco. Do tej pory raczej starałam się skrywać za moim logotypem, nie wychylać z twarzą i szczegółami z życia, no oprócz tych niezbędnych do postów o miejscach w Monachium przyjaznym dzieciom :) Ale słowo się rzekło, więc zapraszam Was na drugą część wyzwania blogowego.

Dzień 2: 10 rzeczy, o których nikt o mnie nie wie
  1. Mojego Męża Tobiasa poznałam nie w Niemczech, ale w Szwajcarii, a dokładniej we włoskim kantonie Tesyn. Mieszkałam tam po studiach i byłam na stażu w ramach jednego z edukacyjnych i językowych programu UE. W czasie wolnym chodziłam na kurs salsy i tam właśnie moja instruktorka Kolumbijka kazała mi tańczyć z jakimś kolesiem, który nie rozumiał włoskiego. Ja miałam mu tłumaczyć taneczne polecenia na angielski (wtedy jeszcze prawie w ogóle nie mówiłam po niemiecku). I tak oto tańcujemy ze sobą już prawie 10 lat!
  2. Z pobytu w Tesynie została mi nie tylko znajomość języka włoskiego, ale i wielkie zamiłowanie do wszystkiego, co włoskie. Nawet, a może zwłaszcza do Italo Disco ;) Piosenki Adriano Celentano nucę do dziś!
  3. Jestem strasznym krótkowidzem! Na co dzień noszę soczewki, a okulary zakładam wyłącznie wieczorem, kiedy jeszcze pracuję przy komputerze. Bez szkieł mogłabym pomylić komputer z telewizorem...
  4. Podczas mojego drugiego porodu krzyczałam tak głośno, że słychać mnie było na pewno w odległości kilometra od szpitala!
  5. Kiedy młodszy Synek miał jakieś 5-6 miesięcy, uszyłam mu samodzielnie i beż użycia maszyny do szycia małą książeczkę sensoryczną. Podpatrzyłam kilka pomysłów w internecie i zainspirowana innymi, podobnymi książeczkami uszytymi przez młode mamy, zajęłam się robótkami ręcznymi przez kolejne kilka dni, a może nawet tygodni. Za materiał posłużyła mi poszewka na poduszkę oraz stare bluzki, w których już nie chodziłam. Książeczka leży do tej pory w pokoju dziecięcym, a Synek bawił się nią może raz...
  6. W wieku przedszkolnym byłam bardzo wrażliwą dziewczynką. Płacz wywoływała u mnie każda sytuacja, która w jakiś sposób odbiegała od utartego już rytmu. Największą przykrość sprawiało mi jednak, kiedy dzieci przezywały mnie, parafrazując piosenkę Natalki Kukulskiej: "Dominika w tańcu sika...". Maaamuuusiiuuu....
  7. Jak miałam ok. 5 lat, przewróciłam się i upadłam na nos, przez co uległ on nieznacznej deformacji. Przez wiele lat był to mój największy kompleks i strasznie przeszkadzało mi, że nie był mały, zgrabny i prosty. Na studiach przeszłam dwie operacje przegród nosowych, bo jak się okazało, upadek spowodował, że kości źle się zrosły i organizm nie otrzymywał odpowiedniej ilości tlenu. Ja w każdym razie byłam szczęśliwa, bo mimo bólu pooperacyjnego, wyciągania szwów i sińców na całej twarzy, nowy nos - oprócz względów zdrowotnych - był wreszcie do zaakceptowania :)
  8. Wbrew temu, co napisałam w punkcie 1., nie jestem dobrą tancerką. Lubię tańczyć, ale w "Tańcu z gwiazdami" odpadłabym w pierwszym odcinku :) Mimo to przez całe życie, dopóki nie poznałam mojego Męża, zdarzało mi się tańczyć przed lustrem. Włączałam głośno jakąś muzykę, zakładałam jakiś fajny ciuch, okulary od słońca lub jakiś kapelusz - i już strój sceniczny był gotowy. Taki taniec doładowywał mnie i poprawiał humor albo po prostu był ekspresją radości życia. Od 10 lat już tego nie robię. W ogóle. No prawie.
  9. Pochodzę z Radomia, a na mojej drodze do Monachium znalazły się następujące miasta: Warszawa, Lugano, Hamburg, Gdańsk i znów Warszawa. Potem to już tylko Bawaria :)
  10. Mam słabość do... zwykłego precla słonego z masłem. Jak widzę go w piekarni, nie mogę obok spokojnie przejść! Ten smak przypomina dzieciństwo - mam przed oczami, jak z siostrą zakradałyśmy się do lodówki po to, aby słonymi paluszkami wydłubywać masło z maselniczki. Mniam! 

poniedziałek, 15 września 2014

Wyzwanie blogowe: Dzień 1. Moje miejsce pracy blogowej/kreatywnej

W tym tygodniu być może odrobinę Was zaskoczę - zdecydowałam się na udział w wyzwaniu fotograficznym ogłoszonym na blogu Uli Phelep Sen Mai. Bloga tego odkryłam całkiem niedawno, ale za to w doskonałym dla mnie czasie: właśnie zamierzałam wizualnie i pod względem zawartości zmienić nieco jego charakter i wskazówki Uli były dla mnie bardzo przydatne i inspirujące. Dlatego też podjęłam się napisania przez kolejne pięć dni nowych postów, dzięki którym dowiedzie się więcej o mnie samej, a tym samym wprowadzimy nowy, świeży i kreatywny wiatr na karty Polki w Monachium. Mam nadzieję, że cała seria Wam się spodoba i z zaciekawieniem zajrzycie tu od czasu do czasu :)

Dzień 1: Moje miejsce pracy blogowej/kreatywnej

Moje miejsce pracy znajduje się w salonie naszego 3-pokojowego mieszkania. Niestety nie mam osobnej przestrzeni na biuro, a nasze dwa komputery wciśnięte są między regałem a telewizorem. Mimo to lubię tu pracować, bo gdy nikogo nie ma w domu, mam spokój i ciszę, co sprzyja koncentracji. Czasami przenoszę komputer na stół, który stoi pod oknem - wtedy mam przed sobą zieleń i więcej przestrzeni, a nie ścianę. Dzięki temu mam wrażenie, że nie duszę się w ciasnocie mieszkania, a myśli płyną swobodniej.

Przy moim komputerze nie może zabraknąć szklanki i dzbanka z wodą, czasami pojawia się tu dobra kawa i coś słodkiego :) Obok siebie mam również zawsze telefon, notatnik i długopis. Ale tak naprawdę, to komputer i internet są moimi głównymi narzędziami pracy - bez nich ani rusz! Sam proces kreatywny dokonuje się jednak dużo wcześniej - tematy nowych postów wymyślam podczas zmywania, jazdy na rowerze lub odwiedzając jakieś nowe, fajne miejsca z moimi dziećmi. Być może dzięki temu wyzwaniu pojawią się nowe kategorie i pomysły, którymi będę chciała się z Wami podzielić. Zapraszam!

Moje miejsce pracy blogowej

niedziela, 14 września 2014

Rodzinne przepisy: urlopowy wok, czyli mama czasami też chce mieć wolne w/od kuchni

Czasami po prostu mi się nie chce gotować - tak na bogato, z sosami, sałatkami, witaminami itp. Chcę mieć po prostu wolne! No ale samo się jednak nie zrobi, więc wtedy sięgam po dania łatwe, nie wymagające zbyt dużo pracy i dające choć minimum psychicznego komfortu, że rodzina się naje i zadowoli :)

W mojej ulubionej książce z przepisami Kinderhits znalazłam taki oto zwany Urlaubs-Wok, czyli urlopowy wok. To danie proste, nie wymagające dużej ilości składników, przy którym małe dzieci mogą mamie spokojnie pomóc. Oto szczegóły: 



Składniki:
1. 600 g młodych ziemniaków
2. 4 duże kiełbaski do smażenia (Bratwürstchen)
3. 1 ząbek czosnku i pęczek cebulki dymki
4. ok. 500 g małych marchewek 
5. rozmaryn (w przepisie podany jest suszony, ale miałam akurat świeży)
6. olej
7. sól, pieprz i kminek mielony