sobota, 28 czerwca 2014

Polki w Monachium - cz. 6. Anna - przewodniczka miejska i muzealna

Z Anią - mamą 12-letniej Sofii i 2-letniej Miriam - umówiłam się parę tygodni temu przy Münchner Freiheit. Ponieważ Ani towarzyszyła młodsza córka, chciałyśmy pójść do Café de Bambini, dając małej możliwość zabawy podczas naszego spotkania. Kawiarnia była jednak jeszcze zamknięta i postanowiłyśmy pospacerować chwilę po dzielnicy Schwabing, aby odczekać moment jej otwarcia. Ania zaczęła opowiadać mi o sobie, ale informacje te przerywała ciekawymi i zaskakującym wzmiankami o otaczającej na przestrzeni: tu mieszkał Tomasz Mann, ten budynek ma charakter secesyjny, a to jest stary kościół wioski Schwabing pw. św. Sylwestra. Czułam się jak na wycieczce, a my po prostu zwiedzałyśmy jedną z piękniejszych i bogatszych historycznie dzielnic Monachium! Nic dziwnego - Ania jest przewodniczką miejską i muzealną, a obecnie Monachium zna lepiej niż swoją rodzinną miejscowość czy Poznań, gdzie mieszkała przez 5 lat. Zapraszam na spotkanie z kolejną Polką w Monachium!

Anna Wilhelm-Stempin - przewodniczka miejska
Anna jest absolwentką filologii serbsko-chorwackiej ze specjalnością serbską na UAM. Początkowo chciała studiować teologię na KUL-u, ale zdecydowany sprzeciw rodziców pokrzyżował jej plany. Wtedy w liceum na korytarzu usłyszała fragment jakiejś rozmowy i na hasło "filologia chorwacka" coś w niej się poruszyło i zadrżało! Ponieważ w tym okresie była bardzo wrażliwa na różne znaki, postanowiła pójść za tropem tego silnego uczucia i zdecydowała się związać swoją karierę naukową z krajami słowiańskimi. Już na drugim roku studiów udało jej się dostać stypendium na wyjazd do Belgradu na międzynarodowy zjazd slawistów. Był rok 1998, właśnie trwała wojna w Kosowie. Wtedy Ania poznała swojego przyszłego męża - Niemca, którego też zawsze ciągnęło na Wschód, który mówi biegle w kilku słowiańskich językach, w tym po polsku. Ania śmieje się, że mimo iż miała niemiecki w szkole, nigdy nie chciała uczyć się tego języka, bo i tak wiedziała, że nie wyjedzie na Zachód - przecież ją interesowały tylko rejony wschodnie i południowe :)

Poznanie Nikolausa wiele w tym myśleniu zmieniło i rozpoczęło regularne wizyty Anny w Monachium. To właśnie tu zbierała materiały do pracy magisterskiej, odwiedzała biblioteki. Dzięki temu szybko nauczyła się niemieckiego i zaczęła inaczej patrzeć na kulturę niemiecką. Pokochała miasto, bawarski dialekt, zwłaszcza monachijski akcent. Z mężem do tej pory jednak rozmawia wyłącznie po serbsku. Jeszcze przed obroną zaszła w ciążę i przeniosła się do Niemiec na stałe. Ponieważ Sofia była grzeczna i nie sprawiała problemów, obojgu rodzicom udało się skończyć magisterki i obronić się. Posiadanie w domu niemowlaka w niczym nie przeszkodziło.

środa, 25 czerwca 2014

Książki, które mówią - śpiewający długopis TING

Moje dzieci nie są przyzwyczajone do długich podróży samochodem, bo na co dzień jeździmy tylko rowerem z przyczepką lub miejskimi środkami komunikacji, a auto wypożyczamy tylko na jakiś większy urlop. Dlatego zawsze lekko dygoczę przed każdą kilkugodzinną podróżą, bo dziatwę czymś zająć trzeba i mniej więcej po dwóch godzinach kończą mi się pomysły i energia...

Już podczas dwóch kolejnych dłuższych podróży uratował nas sztyft, a właściwie gadający długopis TING (podobno "ting" po chińsku znaczy "słuchać"). Odkryłam go przez przypadek w jednej z miejskich bibliotek - po prostu spodobała mi się książka, na okładce której była informacja, żeby zgłosić się do pracownika w celu wypożyczenia pasującego do książki sztyftu. Zapytałam panią bibliotekarkę i przypadkowo był akurat jeden taki na stanie, tak samo jak inne dwie książki do niego pasujące. A że następnego dnia wyjeżdżaliśmy na urlop, bardzo nam, a przede wszystkim naszemu wtedy 2,5-letniemu Synkowi, opcja ta przypadła do gustu! I tak wyposażeni w trzy książki dla dzieci od 3 r. ż. i jeden gadający i śpiewający długopis z łatwością pokonaliśmy prawie 5-godzinną trasę w kierunku Szwarcwaldu! 


Sztyft jest prosty w obsłudze i nadaje się do samodzielnego użytkowania dla 3-latków, a nawet nieznacznie mniejszych dzieci. Ten najnowszej generacji TINGsmart ma zaledwie trzy przyciski - włącznik/wyłącznik oraz dwa regulujące głośność. Dodatkowo ma wejście na słuchawki oraz przyłącze do kabla, aby móc sztyft podłączyć do komputera. Dzięki temu można TING naładować oraz ściągnąć z internetu do pamięci długopisu książkę, którą posiadamy i chcemy przeczytać/wysłuchać. Sztyft "czyta" nie tylko książki, ale również animuje gry planszowe, słowniki, przewodniki, atlasy geograficzne i przyrodnicze, a nawet globusy. Jeśli skończy się Wam bateria w samochodzie, można długopis podłączyć do wejścia USB w aucie (jak na zdjęciu powyżej).

wtorek, 17 czerwca 2014

Rodzinne przepisy: kruche ciasto z owocami

Kruche ciasto z owocami - wersja letnia :)
Całkiem niedawno prezentowałam Wam pierwszy z rodzinnych przepisów na chrupiącego kurczaka z warzywami. Kolejnego przepisu po prostu nie mogę dłużej trzymać dla siebie, bo to moje odkrycie ostatnich tygodni. Zdążyłam wypróbować go na trzy różne sposoby! Chodzi o pyszne i łatwe w przyrządzeniu ciasto z owocami - jak dla mnie to kwintesencja lata oraz owocowych zbiorów :) Jeśli Wasze dzieci lubią truskawki, maliny & Co., polubią również delikatny i soczysty smak tego rodzinnego wypieku!

Przepis pochodzi z mojej skromnej kolekcji włoskich magazynów kulinarnych i w oryginale nosi tytuł "Crostata leggera di frutta", czyli po prostu lekkie kruche ciasto z owocami. Mimo że ja do tej pory ciasto robiłam sama, jestem sobie w stanie wyobrazić pomoc dzieci - np. w myciu owoców, wyrabianiu samego ciasta, a na koniec w dekorowaniu go. Wasi mali cukiernicy będą zachwyceni - gwarantuję! :)

piątek, 13 czerwca 2014

Rodzinna wędrówka w góry do Schliersbergalm

Bardzo lubię chodzić po górach i jedną z wielkich zalet mieszkania w Bawarii jest możliwość spontanicznych, jednodniowych wypadów na górskie szklaki. Tak też było z naszą wycieczką nad jezioro Schliersee. Znałam już te regiony, bo nie raz spacerowałam wokół jeziora, podziwiając fantastyczne widoki i jesienno-złoty spektakl natury. Tym razem jednak wybraliśmy się w góry, a właściwie pod górę, aby dotrzeć do Schliersbergalm, czyli do czegoś na kształt pastwiska górskiego czy hali z widokiem właśnie do jezioro Schliersee.

Naszą podróż rozpoczęliśmy na Dworcu Głównym w Monachium, skąd ruszyliśmy pociągiem linii BOB, czyli Bayerische Oberlandbahn. Każda z końcowych stacji tej kolei to perełka turystyczna, szkoda tylko że pociągi jeżdżą rzadko, a w ciepłe dni oraz w weekendy trudno jest wcisnąć do nich szpilkę, nie mówić o spacerówce i gromadce dzieci. Tym razem jednak udało nam się i podczas godzinnej jazdy do stacji Schliersee musieliśmy "tylko" zając się zabawianiem pociech.

Z dworca w Schliersee wystarczy przejść zaledwie 10 minut, aby dotrzeć do kolejki linowej, zawożącej nas do Schlierbergalm. Ja polecam jednak spacer pod górę, bo mimo, że trzeba się trochę napedałować, droga jest szeroka, wygodna do jazdy wózkiem, a i przedszkolaki powinny sobie dać radę na tym szlaku. Mój trzylatek - dzięki niezastąpionemu wsparciu misiów Harribo - przeszedł samodzielnie ok. 3/4 drogi, resztę trasy niosłam go w nosidełku na plecach. Te przedszkolaki jednak, które można zaliczyć do dobrych piechurów, na pewno dadzą sobie radę na całej trasie. Z kolei roczny wtedy Synek przejechał się w spacerówce i dopiero ostatnie kilka metrów od celu podróży dało się nam we znaki bardzo stromym podejściem. Cała drogą w górę zajęła nam ok. 1 godz., wliczając w to przerwy na zbieranie kamyków, skorzystanie ze zjeżdżalni, konsumpcję gumisiów czy wdrapywanie się na wielkie pnie drzewa.


piątek, 6 czerwca 2014

Propozycje wypadów na długi gorący weekend - w Monachium i Bawarii

Wreszcie lato w pełni! A do tego ferie i pewnie dla wielu z Was więcej czasu wolnego niż zwykle. Od razu pojawia się pytanie: co z tym czasem zrobić?

Na tę okazję przygotowałam dla Was krótką listę fajnych miejsc, które warto odwiedzić całą rodziną. Sugerowałam się pięknie zapowiadającą się pogodą i skupiłam się na miejscach, w których blisko natura, woda, zwierzęta, przestrzeń i namiastka urlopu :) Część z proponowanych miejsc już kiedyś opisałam, inne nadal czekają w kolejce na swoje 5 minut. Ale niedługo na pewno się doczekają! 

Tymczasem życzę Was wspaniałego początku lata, radosnych i zadowolonych dzieci, bawiących się samodzielnie na placu zabaw oraz kilku minut dla siebie na delektowanie się mrożoną kawą czy pucharkiem pysznych lodów!

W gorące, letnie dni polecam odwiedzić następujące miejsca:

OPCJA "ZOSTAJEMY W MIEŚCIE"



Kronprinzgarten to "plac zabaw" stworzony specjalnie dla małego Ludwika I. Nie ma tu nic oprócz łąki, małego strumyczka i pięknego drzewa stojącego po środku terenu. Mimo to jest uroczo, dzieci uwielbiają taplać się w wodzie, a samo miejsce podobno ma niezwykłą energię! No i to światło!!!

Kronprinzengarten w Nymphenburger Park

środa, 4 czerwca 2014

Rodzinne przepisy: chrupiący kurczak z warzywami

Gotować dla moich trzech facetów to nie lada wyzwanie. Każdy ma jakieś swoje upodobania: jeden ze wstrętem patrzy na to, co zielone, drugi ledwie zamoczy łyżkę w zupie, a trzeciego trzeba kontrolować, żeby nie zjadał zbyt dużo! Obsłużyć ich wszystkich jednym, udanym posiłkiem jest niezwykle trudno. Niekiedy jednak udaje mi się stworzyć coś, z czego każdy jest zadowolony i chętnie skubnie chociaż kilka z proponowanych składników. A i ja zajadam się ze smakiem, ale przede wszystkim mam wielką satysfakcję!

Dlatego dzisiejszym postem rozpoczynam nową serie "Rodzinne przepisy", w której prezentować będę potrawy dla całej rodziny, które są smaczne, zdrowe i które - co równie ważne - łatwo przygotować, włączając w prace także dzieci. Pod lupę będę brać różne przepisy, nie tylko te przeznaczone specjalnie dla maluchów: z książek kucharskich, z magazynów, wreszcie z innych blogów. Ważne, żeby z wybranych składników stworzyć całość, w której każdy członek rodziny znajdzie coś dla siebie.

Na pierwszy rzut pójdzie przepis z książki wydawnictwa GU "Kinderhits". Kupiłam ją, jak starszy Synek był malutki, bo chciałam mieć inspiracje do zdrowego gotowania posiłków dla wszystkich członków rodziny. Przygoda z tą książką jednak dosyć szybko się skończyła, bo Synek zdecydowanie odmawiał wzięcia do buzi czegokolwiek innego, co nie byłoby makaronem (bez sosu, oczywiście!), a ja równie szybko straciłam wenę i ochotę na eksperymenty. Nasze dania ograniczyły się do kilku kulinarnych hitów, które sprawdzały się prawie zawsze, ale i wychodziły nam już bokami... Na szczęście na ratunek przyszedł młodszy Synek, który swoim apetytem mógłby obdzielić jeszcze ze dwóch niejadków. A to, że jest taki skory do próbowania nowych rzeczy, że jedzenie sprawia mu po prostu przyjemność jest dla mnie największą zachętą, aby starać się gotować smaczne obiady i kolacje, a także nagrodą za, co tu dużo ukrywać, pozostawiony po gotowaniu/jedzeniu bajzel w kuchni ;)