niedziela, 26 lutego 2012

Eko-skrzynka pełna świeżych warzyw i owoców

Na straganie w dzień targowy 
Takie słyszy się rozmowy: 
"Może pan się o mnie oprze, 
Pan tak więdnie, panie koprze". 
"Cóż się dziwić mój szczypiorku, 
leżę tutaj już od wtorku".

Kiedyś, aby kupić świeże warzywa i owoce, chodziło się na targ. Był to nie tylko punkt sprzedaży "prosto od chłopa", ale i miejsce spotkań, wymiany informacji, załatwiania wszelkich możliwych interesów. Obecnie, przynajmniej w mieście, takich targów jest coraz mniej lub przy obecnym tempie życia nie zawsze jest nam tam po drodze. Dużo częściej robimy zakupy w sklepach lub dużych marketach, gdzie jakość niekoniecznie odgrywa pierwszoplanową rolę. A przynajmniej w momencie, kiedy zaczynamy dla naszych dzieci gotować pierwsze posiłki, analizujemy to, co kupujemy i zwracamy uwagę na jakość nabywanych produktów. Ja sama w momencie włączenia w nasz jadłospis menu dziecięcego zaczęłam kupować prawie wyłącznie produkty "bio", bo mam pewność, że kupowana przeze mnie żywność nie była chemicznie nawożona, dojrzewała z dala od drogi lub zakładów produkcyjnych, nie została genetycznie zmodyfikowana. Mam szczęście, że w moim sąsiedztwie znajduje się jeden z największych w Monachium sklepów ze zdrową żywnością, ale przyznaję, że nie zawsze mam czas i możliwości, aby robić tam zakupy. No i niestety ceny tam są zabójcze...

I tu z ratunkiem przychodzi system eko-skrzynki (Ökokiste), dzięki któremu można zamówić bezpośrednio do domu świeże, ekologiczne produkty. System ten funkcjonuje już w całych Niemczech i cieszy się ogromnym powodzeniem zwłaszcza w dużych miastach, w których dostęp do zdrowych warzyw i owoców jest niekiedy utrudniony.

czwartek, 23 lutego 2012

Pierwsze kroki - pierwsze buty

Synek już jakiś miesiąc temu zaczął stawiać pierwsze samodzielne kroki, dlatego pomyślałam, że już dosyć się nachodził w skarpetkach z ABS-em i najwyższy czas na zakup pierwszych kapci i butów! Zaczęłam rozglądać się za specjalistycznym sklepem z butami dla dzieci, gdzie jest duży wybór i w miarę dobry dojazd oraz, co najważniejsze, gdzie mogę liczyć na profesjonalną obsługę i poradę.

Nie musiałam daleko szukać, ponieważ blisko mojego domu, w dzielnicy Schwabing-West, znajduje się spory obuwniczy sklep, który dysponuje również działem dziecięcym. Firma działa już od 1921r. i szczyci się rodzinną tradycją (zakład prowadzi już trzecie pokolenie założycieli przedsiębiorstwa) oraz fachową obsługą. Do sklepu można łatwo wjechać z ulicy wózkiem, próg nie jest większy niż przy wsiadaniu do tramwaju. W środku, obok stoiska dziecięcego, jest miejsce na spacerówkę, więc nie trzeba się martwić, że komuś się zasłania czy przeszkadza. Asortyment dla najmłodszych nie jest porażająco duży, ale w spokojnej atmosferze można poszukać interesujących nas modeli. Zauważyłam, że bardzo niewielki jest wybór w kapciuchach dla najmłodszych dzieci, czyli rozmiary 18-20, ale to chyba ogólna tendencja. Więcej możliwości mają dzieci o większych stópkach. Ceny obuwia zewnętrznego wahają się w granicach 50-60 euro. Personel pojawił się koło nas dosyć szybko i był pomocny w wyborze butów, podpowiadając odpowiednie rozwiązania.

Schuhe Seidl - sklep z długą tradycją obuwniczą w dzielnicy Schwabing-West 

wtorek, 21 lutego 2012

Polskie położne w Monachium

Całą ciążę spędziłam w Niemczech, ale dopiero podczas oczekiwania na dziecko uczyłam się, jak wygląda niemiecki system opieki okołoporodowej. Znalazłam dużo informacji na ten temat i wiele z nich było bardzo przydatnych, dlatego też chciałabym się podzielić tymi, które uważam za ważne lub ułatwiające życie.

W Niemczech istnieją dwa systemy opieki nad kobietą przy nadziei. Jeden z nich zakłada, że ciążę prowadzi wyłącznie ginekolog, drugi z kolei dzieli opiekę nad pacjentką między ginekologiem i położną, którzy dzięki odmiennym metodom badania i różnemu stosunkowi do zagadnienia doskonale się uzupełniają. W tym drugim przypadku ginekolog zajmuje się wyłącznie wykrywaniem ewentualnych anomalii rozwojowych płodu, nadzorowaniem szczególnych trudności w przebiegu ciąży lub jakiś komplikacji. Położna zaś, prowadząc zdrową ciążę, skupia się bardziej na indywidualnych potrzebach pacjentki i, co równie ważne - służy przyjacielską radą. W zasadzie więc można całą ciążę pozostać pod opieką położnej, z wyjątkiem 3 przypadających na każdą zdrową ciążę USG, które wykonuje wyłącznie lekarz.

Ja zdecydowałam się na to pierwsze rozwiązanie, ponieważ nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić  "współpracę" z położną i - jak pewien znany inżynier - wolałam to, co znam :) Swojego gina, jak to się ładnie mówi na różnych forach, znalazłam w internecie, szukając lekarza przyjmującego blisko mojego domu, ale oczywiście dużo lepiej jest popytać znajomych i kierować się poleceniem kogoś zaufanego. Z perspektywy czasu i doświadczenia wiem, że ewentualną kolejną ciążę chciałabym powierzyć jakiejś doświadczonej położnej, z którą można bardziej szczegółowo i indywidualnie porozmawiać na wszystkie związane z ciążą, porodem i połogiem tematy. U mojego ginekologa tej osobistej perspektywy bardzo mi brakowało.

Oczywiście praca położnych nie ogranicza się tylko do opieki w czasie ciąży. Znaczną część ich pracy stanowią wizyty domowe po porodzie. Mniej więcej ok. 4-5 miesięcy przed terminem warto zająć się szukaniem położnej, która stanowi nieocenioną pomoc w opiece poporodowej. Z położną można spotkać się jeszcze przed porodem i już wtedy zadać nurtujące nas pytania oraz umówić się na spotkania PO. Koszty tych spotkań ponosi kasa chorych (max. 16 wizyt domowych) - oczywiście wyłącznie w wypadku posiadania przez pacjentkę niemieckiej karty ubezpieczeniowej. Kobiety ubezpieczone w Polsce, ale mieszkające w Niemczech, muszą same płacić za te usługi. Podczas takich wizyt położna m. in. regularnie waży niemowlaka, pielęgnuje jego pępek, udziela porad dotyczących karmienia, przewijania, kąpania, sprawdza, jak przebiega połóg. I na te parę tygodni staje się najważniejszą (oczywiście po dziecku!) osobą - przyjaciółką, powierniczką i opiekunką...


sobota, 11 lutego 2012

Obiadowo - bezstresowo!

Wielu rodziców kilkunastomiesięcznych - kilkuletnich maluchów rezygnuje z jedzenia obiadów w restauracjach, bo to zawsze problem: malec nie może usiedzieć na miejscu, chce chodzić, zwiedzać nowe pomieszczenie, odkrywać wszystkie zakamarki, a zamówione jedzenie w tym czasie stygnie. Nie mówiąc o tym, jak niebezpieczne jest, gdy dzieci tak biegają między kelnerami, roznoszącymi posiłki i gorące napoje. W takich momentach niejeden rodzic wspomina błogie chwile, kiedy latorośl - jeszcze jako noworodek - smacznie spała w każdych warunkach i o (prawie) każdej porze dnia...

Na szczęście nie każde wyjście do restauracji musi oznaczać stres. Dzisiaj zarówno ja i Mąż, jak i Synek, spędziliśmy bardzo przyjemne popołudnie w lokalu o nazwie "Kaiser Otto" położonym w dzielnicy Glockenbach, kilka minut drogi od Sendlinger Tor. Kawiarnia ta składa się z kilku średniej wielkości pomieszczeń, przy czym jedno z nich stanowi tzw. kidslounge, czyli spora sala przeznaczona na zabawy i harce najmłodszych gości.

Kidslounge

Salonik dziecięcy dla małych i dużych

czwartek, 9 lutego 2012

Za oknem zima, co robić z dzieckiem? ELKI zaprasza!

Za oknem nadal mrozy, biało i zimny wiatr. I co tu robić z Synkiem, któremu już trochę nudzi się w domu z mamą? Trzeba poszukać jakiegoś miejsca, gdzie można miło spędzić czas, a przy okazji mieć motywację, żeby wyjść z domu :)

Przejrzałam magazyn "Kidsgo", który często mnie w takich sytuacjach inspiruje, i znalazłam ofertę otwartego spotkania dla rodziców z dziećmi w centrum ELKI (Eltern-Kind-Zentrum) w pobliżu Kurfürstenplatz (Schwabing). Zapakowałam Synka w wózek i wybraliśmy się na poszukiwanie przygód!

Byliśmy jednymi z pierwszych gości, więc na początku mieliśmy pomieszczenie praktycznie tylko dla siebie. Centrum oferuje do zabawy dwie sale (jedna z nich przez większą część spotkania była zajęta przez francuskojęzyczną grupę zabawową), wypełnione klockami, książeczkami, zabawkami, zjeżdżalnią, wózkami dla lalek itp. Bawią się dzieci w różnym wieku, chociaż te najmłodsze głównie towarzyszą starszemu rodzeństwu, które korzysta z wszystkich sprzętów i udogodnień. Niemowlęta raczej nie znajdą tu "błogiego" kącika przeznaczonego tylko dla nich, bo innych dzieci generalnie jest wszędzie pełno ;) Nie jest to zarzut, bo maluszki zadowolą się bliskością mamy i jakąś niewielką atrakcją do obserwowania/ dotykania/ poznawania, ale mimo to szkoda, że nie ma wydzielonego miejsca z jakimiś matami edukacyjnymi, gdzie niemowlęta czułyby się bezpieczniej. Dlatego też polecam to centrum raczej dla dzieci od ok. 6 miesiąca życia, kiedy to maluchy stają się bardziej mobilne i mogą w większym stopniu skorzystać z oferowanych tu atrakcji.

Duża sala w Eltern-Kind-Zentrum w dzielnicy Schwabing

poniedziałek, 6 lutego 2012

Wózek a środki komunikacji miejskiej


Dzisiaj kilka ogólnych słów na temat podróżowania po Monachium z wózkiem środkami komunikacji miejskiej.

 

Rodzice noszący dziecko w chuście lub nosidełku mogą ten post w ogóle pominąć, bo ich ta kwestia właściwie nie dotyczy. Moje uwagi kieruję głównie do mam/tatusiów wożących dzieci w wózku. Otóż z mojego doświadczenia najwygodniej podróżuje się po Monachium tramwajem, chociaż tak naprawdę to każdy środek lokomocji ma swoje zalety i wady. 
W tramwaju są wydzielone dwa miejsca na wózki - z przodu i z tyłu pojazdu. Gdy nie ma tłoku, w każdym z "przedziałów" zmieszczą się 2, od biedy nawet 3 wózki. Gdy czeka się na tramwaj, warto więc ustawić się na początku lub pod koniec przystanku, żeby mieć większe szanse na znalezienie dobrego miejsca. Do tej pory (ok. rok od posiadania dziecka i wózka :)) tylko raz zdarzyło mi się, że tramwaj był wypchany po brzegi i nikt nawet nie ruszył się, żeby zrobić mi miejsce na wózek. W związku z tym musiałam zaczekać na następny tramwaj, który był tak samo pełen, ale miałam ze wściekłości większą siłę przebicia i jakoś udało mi się zmieścić. Poza tym w tym "sektorze wózkowym" są miejsca siedzące, które często odstępowane są rodzicom, aby maluch siedzący w wózku, mógł widzieć mamę lub tatę. To miły gest ze strony współpasażerów :) W tramwaju też najłatwiej o rozmowę ze współpasażerami, którzy przyjaźnie zaglądają do wózka i (zwłaszcza, gdy dziecko jest już bardziej komunikatywne) próbują porozumieć się z maluchem, zagadując je lub odwzajemniając jego uśmiechy. Niektórym może to przeszkadzać jako naruszenie prywatnej sfery, jak uważam, że to miłe i dobrze nastraja do ludzi!
Będąc przy temacie tramwajowym, muszę wspomnieć o tym, że mieszkam przy linii tramwaju nr 27, który jako nieliczny w całym Monachium, posiada również tabor "przedpotopowy", zwany P-Wagen. Nie rozumiem za bardzo, o co w tym wszystkim chodzi, ale co jakiś czas takie wagoniki wskakują na miejsce tych nowoczesnych, utrudniając życie niejednej mamie, ciesząc za to miłośników historii motoryzacji. W tramwajach tych jest tylko 1 miejsce na wózek (uwaga! wejść można tylko przez drugie drzwi od strony kierowcy), w dodatku tylko dla odważnych, ponieważ trzeba spacerówkę wnieść i później znieść po kilku wysokich schodach. Więcej informacji nt. rozkładu jazdy tych rzęchów można znaleźć tu:
http://www.tramgeschichten.de

niedziela, 5 lutego 2012

Karmienie piersią i przewijanie dziecka na mieście

Pierwszy raz po urodzeniu Synka odważyłam się wyjść sama z domu dopiero po jakiś 4-5 tygodniach. Był środek zimy, a ja przerażona pogodą, ubieraniem siebie i dziecka, pakowaniem, przesiadaniem z tramwaju do metra, ewentualnym karmieniem na mieście, przewijaniem itp. Wszystko to, nad czym teraz nawet się nie zastanawiam, wtedy, zaraz po porodzie, wydawało mi się wyczynem ponad siły i możliwości. 

Z dzisiejszej perspektywy wiem, że przerażała mnie głównie niewiedza i niepewność, gdzie mogę spokojnie nakarmić dziecko, jak zabrać się za przewijanie w publicznym miejscu, co zrobić, kiedy malec zacznie płakać, a otoczenie wysyła ci niepokojące spojrzenia pt. "Jak można dopuścić, żeby noworodek tak ryczał?! Co za matka!". Na szczęście na swojej drodze spotkałam kilka doświadczonych mam, które poleciły mi kilka fajnych miejsc i dzięki którym nabrałam większej pewności siebie. Z czasem sama zaczęłam odkrywać nowe lokale, kawiarnie, sklepy, w których oboje z Synkiem czuliśmy się dobrze i które spełniały nasze oczekiwania. O kilku z nich chciałabym tu napisać.



środa, 1 lutego 2012

Zimowy plac zabaw

W jedno z zimowych sobotnich popołudni postanowiliśmy z Mężem zabrać Synka na plac zabaw, tzw. małpi gaj (swoją drogą - co za beznadziejna nazwa!), czyli do "centrum rekreacyjno-sportowego", jak to się również eufemistycznie po polsku nazywa. W pamięci mam jeszcze z Polski słynne baseny kulkowe, które często są wizytówką takich miejsc oraz całą dyskusję wokół tego tematu związaną z higieną, zasadami bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku. Chciałam się przekonać, jak wygląda niemiecka wersja takiego miejsca i czy znajduje się tam kącik dla maluchów, które przecież z tych wszystkich "MEGA" urządzeń korzystać nie mogą.

Synek, swoim nowym cudownym zwyczajem, zasnął w samochodzie w drodze do celu. Żeby go niepotrzebnie nie budzić, sama wybrałam się na rozpoznanie terenu, zostawiając moich mężczyzn w aucie. Miła pani w recepcji wpuściła mnie bez problemu i pozwoliła pooglądać halę.