czwartek, 19 stycznia 2012

Pierogi z mięsem polane czekoladą

Bawaria w potocznym myśleniu kojarzy się przede wszystkim z charakterystycznymi strojami regionalnymi (Dirndl i Lederhose), no i z wielkim świętem piwa - Oktoberfest (po bawarsku: "Wiesn"). 

Historia warzenia niemieckiego piwa sięga wczesnego średniowiecza i związana jest z mnichami. Do dziś przetrwało wiele przyklasztornych browarów, które opierają swój asortyment na tradycjach i rzemiośle z poprzednich epok. Jednym z takich miejsc jest benedyktyński klasztor Andechs położony nad Jeziorem Ammer. Klasztor jest jednym z najważniejszych celów pielgrzymek w Bawarii - zarówno dla osób religijnych, jak i dla miłośników piwa, bo tu właśnie warzone jest piwo Andechser. Znaczną część ogromnego kompleksu przyklasztornego zajmuje oberża, której taras widokowy pomieści nawet ok. 1000 osób! Oprócz piwa można dostać tu także typowe bawarskie przysmaki.

Mapa obiektu klasztornego Andechs - nr 8 to oberża i taras
I na taki właśnie smakołyk zdecydowałam się, będąc tam ostatnio z grupą znajomych. Mąż na zewnątrz oberży pilnował śpiącego w wózku Synka, a ja sama wybrałam się do kontuaru, zamówić coś do jedzenia. Wybrałam Leberkäse i Sauerkrautsalat, czyli rodzaj pasztetu (zapiekane mięso mielonego i wątróbka, podawane w plastrach) oraz surówka z kapusty kiszonej.

Naszej paczce udało się znaleźć kilka wolnych miejsc przy długim stole, przy którym siedziało już kilka osób, a właściwie jedna duża (i głośna!) grupa mężczyzn, popijających piwo z wielkich kufli. Mój sąsiad przy stole - rubaszny pan o zaczerwienionych policzkach i okrągłych brzuszku - zobaczywszy mój talerz, zapytał: "Ty to chyba nie jesteś z Bawarii, co?!". I cały stół zatrząsł się gromkim śmiechem... "No nie, rzeczywiście, nie jestem z Bawarii. A o co chodzi?". "Jak to o co, u nas nikt nie zamówiłby Leberkäse Sauerkrautsalat!". I kolejna fala śmiechu przeszyła powietrze, tym razem jeszcze szybciej i jeszcze głośniej. "Ale najważniejsze, żeby Ci smakowało" - dodał rubaszny jegomość, a reszta jego towarzyszy zgodnie pokiwała uchachanymi głowami. Oczywiście moją pierwszą reakcją było oburzenie! Ostentacyjnie odwróciłam się, rzuciwszy jeszcze przez ramię: "Chciałabym tylko w spokoju zjeść!" i przez resztę popołudnia totalnie ignorowałam tę część stołu, wyrażając w ten sposób moją dezaprobatę dla tak haniebnego zachowania. Kiedy Mąż skończył dyżur przy śpiącym Synku i sam przyszedł coś zjeść, mój jowialny sąsiad starał się złagodzić sytuację, szepcząc mu do ucha, że tak sobie tylko zażartował i że nie chciał mnie obrazić. Ale nie zdążyliśmy sobie nic wyjaśnić, bo ja - przecież śmiertelnie obrażona - nie chciałam zamienić z tym typem ani słowa i nawet na odchodne nie rzuciłam cichego "do zobaczenia". 

Czemu o tym piszę? Bo chcę mi się z siebie śmiać, że tak śmiertelnie poważnie potraktowałam tę przecież niewinną sytuację. Czułam się urażona, że ktoś z taki sposób zwrócił mi uwagę, że publicznie "wypomniał" mi moje pochodzenie, a raczej nie-pochodzenie, że nie dopasowałam się do tutejszych standardów, łamiąc jakiś niepisany kod. A jak ja bym zareagowała, gdyby np. jakiś Amerykanin albo Włoch zamówił sobie w polskiej restauracji, no powiedzmy, pierogi z mięsem i polał je czekoladą albo do barszczu dodał plasterki banana? Pewnie też popukałabym się w głowę! Ale ten Amerykanin czy Włoch przyjąłby z uśmiechem moją uwagę i dołączył się do ogólnego rechotu, nie myśląc nawet o urażonej dumie. Na pocieszenie dodam, że nauczkę zrozumiałam i dzięki całej sytuacji pojęłam, jak bardzo jestem na punkcie bawarskie (niemieckie)/ niebawarskie (nieniemieckie) przewrażliwiona... A przecież wystarczy więcej dystansu do siebie i swoich wad i cały świat wygląda inaczej! A po kuflu piwa Andechser to takich rozterek w ogóle nie ma :)

A teraz jeszcze kilka słów odnośnie wycieczki do klasztoru Andechs z dziećmi.
Otóż wybraliśmy się tam 31 grudnia, a więc w scenerii zimowej. Pojechaliśmy grupą - 8 osób dorosłych i 1 dziecko w wózku. Wystarczyło kupić 2 bilety Bayern Ticket, każdy po 29 euro. Wybraliśmy podróż pociągiem regionalnym z Dworca Głównego w Monachium do miejscowości Tutzing, gdzie bezproblemowo przesiedliśmy w autobus 958, który zawiózł nas pod sam klasztor. Jedynie podjazd wózkiem po ośnieżonej drodze od przystanku do klasztoru był trochę uciążliwy, ale oprócz tego cała podróż minęła bezproblemowo. Jeśli ktoś wybiera się do klasztoru z wózkiem, warto wziąć ze sobą zamek i zaparkować wózek w jednym miejscu, ponieważ poruszanie się z tym pojazdem po terenie przyklasztornym jest trudne. My zrobiliśmy dyżury i podczas gdy ja zwiedzałam, Mąż pilnował Synka. Jeżeli dziecko jest już trochę starsze, to na pewno te krótkie odcinki pomiędzy poszczególnymi budynkami pokona samo, u mniejszych dzieci sprawdzi się nosidełko.

Po zwiedzaniu może zwiększyć się apetyt - warto zajrzeć do gospody. Jeśli w grupie są dzieci, a odwiedzacie klasztor zimą lub jesienią, polecam wybranie jadalni, która znajduje się za dużym tarasem. Ma ona bardziej familijny charakter i jest zdecydowanie przytulniejsza niż sala główna, położona nieopodal sklepu z pamiątkami. Dodatkowym atutem tej kawiarnianej sali jest bezpośredni dostęp do sporego i dobrze urządzonego pomieszczenia z przewijakiem. My znaleźliśmy miejsce w tej dużej gospodzie i żeby dostać się do przewijaka, musiałam przejść z Synkiem przez kilkunastometrowy tunel, łączący dwa budynki (salę dużą i kawiarnianą), zimą służący za miejsce dla palaczy. A więc smrodek i przede wszystkim zimno! No a latem i wiosną do polecenia jest oczywiście taras.

W drodze powrotnej postanowiliśmy się trochę poruszać i wybraliśmy inną trasę, a mianowicie spacer przez las i pieszą wycieczkę do miejscowości Herrsching, skąd do Monachium jeżdżą kolejki podmiejskie. Mąż z Synkiem zdezerterowali, bo przestraszyli się stromych schodów, znajdujących się u początku trasy i postanowili autobusem linii 951 dostać się do Herrsching (autobus pokona tę trasę w 12 min.) i tam w kawiarni zaczekać na resztę grupy. Schody rzeczywiście wydawały się nie do pokonania z wózkiem, ale w sumie nie było tak źle i myślę, że dla lubiących wyzwania, jest to trasa do przejścia :) Na początku lub pod koniec wędrówki - w zależności czy się do klasztoru idzie, czy z niego wraca - trzeba po prostu wyjąć malucha i wózek wziąć pod pachy lub na plecy i te kilka stopni się przemęczyć. Ale opłaca się, bo dalsza trasa jest bardzo przyjemna, idzie się normalna leśną dróżką i można w przyjemny sposób spalić nagromadzone w oberży kalorie (spacer trwa ok. 1-1,5 h). A miłym akcentem na koniec wycieczki jest wspaniały widok na Jezioro Ammer z miejscowości Herrsching. Powrót do Monachium S8 zajmuje ok. 50 min. Oczywiście możliwa jest również wycieczka samochodem - u podnóży klasztoru znajduje się duży parking.

4 komentarze:

  1. Witam!
    Cziekawie jest mi czytac Pani rysopisy, sczcegolnie ze Pani robi akcent na to jak to jest z dzieckiem. Mojemu synku juz 3 lata. Planujemy tez prseprowadzic sie do Monachium w kwiecznu.
    Pozdrawiam!
    Daria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! I powodzenia w przeprowadzce :)

      Usuń
  2. Super, że trafiłam na Pani bloga, dziękuję za cenne rady!!
    Mieszkamy tutaj od września 2011....na pewno odwiedzimy ten klasztor:)

    Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za wiadomość i życzę powodzenia w odkrywaniu nowych monachijskich i bawarskich kątów :)
      A na wiosnę obiecuję częściej opisywać nasze wycieczki - może znajdzie tam Pani dla siebie i rodziny inne ciekawe propozycje. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń

Dziękuję za Twój komentarz :)